Recenzje

Finał Czterech Żywiołów, czyli „Czerwony pająk” Katarzyny Bondy

Do książki Katarzyny Bondy „Czerwony pająk” zabrałam się trochę z przypadku. Podobała mi się jej seria o psychologu śledczym Hubercie Meyerze, zatem gdy zobaczyłam „Czerwonego pająka” sięgnęłam po nią bez wahania i… z zaskoczeniem odkryłam, że jest to kontynuacja, a nawet ostatni tom „tetralogii żywiołów Saszy Załuskiej”. Podjęłam próbę przebrnięcia przez parę pierwszych rozdziałów bez zapoznania się z poprzednimi tomami tetralogii, ale uznałam, że nie tędy droga, bo często gubiłam się w postaciach i ciężko było mi wszystko zrozumieć. W związku z tym czytanie „Czerwonego pająka” odłożyłam w czasie, by najpierw zapoznać się z wcześniejszymi tomami przygód tajemniczej profilerki. Przeczytałam trzy poprzednie tomy, i okazało się, że wcale nie było to konieczne, bo nazbyt wiele wspólnego z historią „Czerwonego pająka” nie miały…

Gdy w końcu sięgnęłam po czwarty, ostatni tom historii Saszy Załuskiej mimo wszystko byłam pełna nadziei i ciekawości. Historie przedstawiane w poprzednich tomach, których bohaterką była profilerka Sasza Załuska, mimo drobnych niedociągnięć w miarę mnie wciągnęły, pozostawiając po każdym zamknięciu kart książki lekki niedosyt. Otwierając „Czerwonego pająka”, wiedząc, że jest ostatnim tomem, oczekiwałam czegoś spektakularnego. Byłam pewna, że teraz poznam odpowiedzi na wiele pytań dotyczących historii Saszy, które zalęgły się w mojej głowie podczas lektury „Pochłaniacza”, „Okularnika” oraz „Lampionów”. Fakt, poznałam przeszłość Saszy i jej bliskich, ale niestety zamiast niedosytu zamykając książkę poczułam ulgę…

Ale od początku

W „Czerwonym pająku” już w prologu dowiadujemy się, że córka Saszy została uprowadzona. Nieudolność działań policji zmusza Załuską do podjęcia własnego śledztwa, w wyniku którego odkrywa, że porwanie jej córki dziwnie wiąże się z nie do końca wiarygodnym samobójstwem dawnego przełożonego profilerki, byłego oficera służby wywiadu o pseudonimie „Dziadek”. Z archiwum, w którym „Dziadek” posiadał liczne udokumentowane informacje mogące skompromitować wielu czołowych przedstawicieli polskiej sceny politycznej, zginęły dokumenty, a z kolejnych kart książki dowiadujemy się, że porywaczom bardzo zależy, by to właśnie Sasza je odnalazła. Następnie odkrywamy, że w poszukiwania tych dokumentów zaangażowani są również politycy, gangsterska „wierchuszka”, a także wszelkiego rodzaju służby. Nie trudno sobie wyobrazić, że nic dobrego z tego wyniknąć nie mogło…

Kolejnym, równoległym wątkiem, z którym zapoznajemy się również na początkowych kartach książki jest odnalezienie przez przypadkowego (ale czy na pewno?) nurka zwłok ubranej w czerwoną sukienkę kobiety, unoszących się w toni starej torpedowni w Gdańsku. Kobieta zostaje szybko rozpoznana przez komendanta policji. Dlaczego to takie istotne? Tego dowiecie się, jeśli sięgnięcie po tę pozycję 😉

Niby taka sama, ale…

Sasza w tej ostatniej części jest inna niż przywykliśmy, i jest jej zdecydowanie mniej. Niby była wszędzie, wszystko jej dotyczyło, ale w porównaniu do poprzednich tomów – jednak jakby trochę jej brakowało. Widzimy jak próbuje odzyskać córkę, odnaleźć cenne dokumenty, jak staje twarzą w twarz ze swoją przeszłością, wnikamy w jej życie prywatne naprawdę głęboko, można powiedzieć, że finalnie poznajemy ją na wylot. Zostaje odkryta przed nami jej przeszłość, wybory, przed jakimi postawiło ją życie, częściowo jesteśmy w stanie zrozumieć co sprawiło, że stała się tym, kim właśnie się stała. Niemniej jednak przy tym wszystkim w tej „Załuskiej” jest zdecydowanie mniej… właśnie Załuskiej. A wydawałoby się, że to właśnie w tym tomie powinno być jej najwięcej. Ponadto sama postać Saszy wydaje się być tu mniej barwna niż na początku swoich przygód z autorką Katarzyną Bondą. Można odnieść wrażenie, że Sasza w „Pająku” nie jest sobą na całego, na 100%. Nie była zupełnie blada, ale jakby jednak trochę mniej wyraźna.

Co z tego wyszło

Książka objętościowo może przestraszyć i nie ukrywajmy – niektórych czytelników zniechęcić. Ponad 800 stron nie napawa optymizmem, choć ja osobiście wolę jedną książkę z większą liczbą stron, niż tak irytujące w dzisiejszych czasach rozbijanie każdego „grubszego” dzieła na co najmniej dwa tomy. Niemniej jednak przyszły czytelnik „Czerwonego pająka” powinien być świadom liczby stron, z którymi przyjdzie mu się zmierzyć, zapisanych wcale nie wielkim drukiem. Sformułowania „zmierzyć” używam tu z pełną premedytacją. Przez niektóre fragmenty powyższej książki niestety w mojej ocenie ciężko przebrnąć, i można odnieść wrażenie, że ciągną się w nieskończoność…

O ile do rozpisania fabuły w rożnych płaszczyznach czasowych przywykłam przy poprzednich tomach, o tyle liczba fragmentów wypełnionych w mojej ocenie nieistotnymi wątkami i postaciami, chaosem i brakiem istotnych treści, ale za to pełnych czczej gadki między bohaterami czwartego tomu tej tetralogii przekracza wszelkie akceptowalne normy. Nowych postaci jest ogrom, i zanim „załapałam” kto jest kim, nie mówiąc już o tym, z kim trzyma, a przeciwko komu działa i knuje, minęło wiele stron. Często przy tym musiałam wracać do już przeczytanych fragmentów, by odświeżyć sobie pamięć, lub zrozumieć te liczne powiązania, bo myślałam, że przecież to wszystko koniec końców musi być istotne. Myliłam się. Mnogość wątków i postaci powodowała, że często się już po prostu gubiłam, że nie wszystkie z nich zrozumiałam, a sensu niektórych nie potrafię się doszukać i parę dni po zakończonej lekturze. Odnoszę również wrażenie, że po prostu nie każdy z nich został wyjaśniony, dociągnięty do końca, ale to może i lepiej, bo wtedy i z 1000 stron mogłoby nie starczyć. Niestety tak duża objętość i ilość wątków najwyraźniej przysporzyła problemów również samej autorce – udało mi się wychwycić kilka nieścisłości, jak chociażby imię ojca Saszy, czy deklaracja lojalności a zobowiązanie o współpracy z SB, nie wspominając o kwiatkach typu mżawka podczas której „budynki lśniły w słońcu” 😉

Wyraźnie bijące z „Czerwonego pająka” połączenie kryminału z powieścią obyczajową, pomimo doprawienia nutą sensacji, moim zdaniem nie do końca zdaje egzamin, m.in. właśnie przez tę rozwlekłość. Ale na pewno teorie, które można wyczytać z wielu kart tej pozycji, i które na pewno zakiełkują w umysłach czytelników znajdą niejednego wiernego fana. Czwarty tom cyklu o Saszy Załuskiej pełen jest intryg, tych politycznych jak i mafijnych. Ze względu na to, ze książka nieco ukazuje Polskę z okresu transformacji ustrojowej, po lekturze w czytelniku pozostaje niejasne wrażenie, że nasz kraj był, i niestety wciąż jest pionkiem na arenie międzynarodowych rozgrywek, jakich zwykli obywatele często nawet nie są sobie w stanie wyobrazić. Ścisłe powiązanie gangsterów, dawnych i obecnych funkcjonariuszy służb specjalnych, policji oraz polityków jednych zachęcą do sięgnięcia po tę książkę, innych zniechęcą, natomiast na pewno warto jest wyrobić sobie własne zdanie. Ponadto warto jest poświęcić jej uwagę chociażby ze względu na tak sprytne i błyskotliwe ubranie przez Katarzynę Bondę swoich bohaterów w cechy – i pseudonimy! – delikatnie sugerujące czytelnikowi, która z postaci w większości znanych Polakom z naszej rodzimej sceny politycznej była inspiracją dla autorki. Ja przy poznawaniu niektórych pseudonimów, i domyślaniu się tych inspiracji, bawiłam się rewelacyjnie, i choćby ze względu na to lektury nie żałuję, choć na pewno ponownie do niej nie wrócę.

Ps. „Czerwonego pająka” i inne polskie kryminały znajdziesz w księgarni selkar.pl.

Agnieszka Arciszewska