Recenzje

„Ogień i krew” George R. R. Martin – recenzja

Choć do tej pory nie udało mi się przeczytać słynnej „Gry o Tron”, tak jednak stopniowo udaje mi się zaznajamiać z twórczością George’a R.R. Martina. Odczuwam wrażenie, że jak tak dalej pójdzie, to zanim sięgnę po samą sagę, zdołam doskonale zapoznać się ze wszystkimi innymi dziełami tego autora, które tak czy siak opowiadają historię tego samego uniwersum. Mam już za sobą „Rycerza siedmiu królestw”, a teraz dodatkowo udało mi się zapoznać z pierwszą częścią „Ognia i krwi”, która prezentuje czytelnikom historię rodu Targaryenów.

Książka ta jest obligatoryjnie polecana wszystkim fanom „Gry o Tron”. Ma ona stanowić to, czym był „Silmarillion” dla Śródziemia i przyznaję, że faktycznie kryje się w tym ziarno prawdy. Powieść ta została napisana w podobny sposób, stanowi jakby kronikę, która opisuje dzieje smoczego rodu – od pierwszego władcy, Aegona, przez kolejne pokolenia Targeryenów. Nie liczcie więc na rozległe dialogi czy typowe sceny, z jakimi mamy do czynienia w normalnych powieściach. To nieco inne przedstawienie Westeros, które ród Targaryenów postanowił podbić.

Choć cała „Gra o Tron” jeszcze przede mną, to mimo wszystko ciężko nie wiedzieć, o co tak naprawdę chodzi w uniwersum stworzonym przez Martina – serial HBO zyskał niesamowitą popularność i przyznaję, że mam za sobą pierwszy sezon i kilka odcinków drugiego (wieczny brak czasu sprawił, że póki co na tym poprzestałam, a poza tym wolałabym jednak najpierw przeczytać sagę), dlatego mam pewnego rodzaju pojęcie na temat rozgrywających się tam wydarzeń i bohaterów. Nie ukrywam, że ród Targaryenów zdecydowanie najbardziej przypadł mi do gustu, bo… smoki. Kto nie kocha smoków?!

Przyznam szczerze, że gdy sięgam po książkę, która jest napisana w takim stylu, to zawsze towarzyszą mi te same obawy – będzie nieco nudno. Forma ciągłego tekstu nie trafia do każdego, aczkolwiek muszę przyznać, że choć wiele osób opisywało język i styl Martina jako ciężki i pozbawiony lekkości, to ja mam w tym temacie odmienne zdanie. „Ogień i krew” czytało mi się naprawdę bardzo dobrze, była to niesamowicie wciągająca historia, aczkolwiek przyznaję, że te powiązania rodzinne były chwilami bardzo zakręcone. Wynika to z tego, że Targaryenowie dbają o czystość krwi, a związek pomiędzy bratem i siostrą jest czymś zupełnie normalnym, nawet można by rzez, że pożądanym. Utrudnieniem są też podobieństwa imion, a czasami nadawanie potomkom dokładnie tych samych przydomków, ale na końcu książki znajduje się pełne drzewo genealogiczne, które może być dobrą wskazówką, gdy się nieco zagubimy.

To historia podbojów, wojen i bitew, a także rodzinnych perypetii, które nie zawsze były takie proste, jakby oczekiwano. W życiu tego rodu nie brakowało tragedii, szaleństwa i problemów wychowawczych, aczkolwiek większość relacji była pełna miłości i wzajemnego szacunku. Smoki, których oczywiście tutaj nie brakuje, były potęgą Targaryenów i to właśnie dzięki tej sile mogli oni sobie pozwolić na podbój Westeros. Przyznaję, że z ogromną przyjemnością zapoznawałam się z ich historią, okazała się być ona niesamowicie wciągająca. „Ogień i krew” to z pewnością doskonałe uzupełnienie „Gry o Tron”, po które powinien sięgnąć każdy fan twórczości Martina oraz książek fantasy.

Magdalena Senderowicz