kryminał

Recenzja książki „Fałszywy świadek” Karin Slaughter

„Świat jej się zacinał jak igła gramofonu poruszająca się w jednym i tym samym rowku. Zakasłała i omal nie straciła równowagi. Czuła się tak, jakby zamiast twarzy miała otwartą ranę. Gęsta strużka krwi spływała jej do gardła, pokój wirował jak kula ziemska”. Przez długi czas żyłam w przekonaniu, że Karin Slaughter to pseudonim literacki, a pisarka zmieniła nazwisko, by idealnie pasowało do gatunku, w którym z biegiem lat osiągnęła prawdziwe mistrzostwo. Myliłam się. To złowieszcze nazwisko jest prawdziwe, a w ręce spragnionych wrażeń czytelników właśnie trafiła najnowsza, przepełniona mrokiem książka Karin Slaughter. „Fałszywy świadek” to nie kolejny tom popularnej serii z Willem Trentem, a samodzielna powieść.

Pandemia koronawirusa trwa w najlepsze, ale ludzie starają się żyć w miarę normalnie. Adwokatka  Leigh Collier udaje się na przedstawienie w szkole w swojej nastoletniej córki i, jak pozostali rodzice,  stara się zachować zasady bezpieczeństwa sanitarnego, obawiając się „Nocy Długich Wymazów z Nosa”. Kiedy nagle dzwoni telefon, Leigh nie ma pojęcia, że za chwilę odbierze połączenie, które nie tylko obudzi demony przeszłości, ale też wywróci jej w miarę spokojne życie do góry nogami. Cole Bradley, założyciel kancelarii Bradley, Canfield & Marks, ma „delikatną sprawę, który wymaga natychmiastowego działania”. Bajecznie bogaty klient, którego oskarżono o dokonanie brutalnego gwałtu, domaga się, żeby jego obrońcą została Leigh, chociaż „jak dotąd jej najpoważniejszym klientem był właściciel hurtowni z artykułami dla zwierząt domowych oskarżony o włamanie do domu byłej żony i nasikanie do szuflady z jej bielizną”. Do rozpoczęcia procesu została niewiele czasu. Dlaczego Andrew Tenant upiera się, żeby w sądzie prezentowała go właśnie Leigh Collier?

„Problem z gwałtem polegał na tym, że sprawca znał realia panującej kultury na tyle, by mówić to samo, co powiedziałby niewinny mężczyzna”, a „przy zderzeniu relacji dwóch stron – ona powiedziała to/on tamto – przysięgli raczej wierzyli mężczyźnie, a kobietę posądzali o chęć zwrócenia na siebie uwagi”. Biorąc pod uwagę, że główną bohaterką „Fałszywego świadka” jest adwokatka, nastawiałam się na emocjonujący dramat sądowy, czyli opisy wybierania ławy przysięgłych, a potem batalię najlepszych prawników na sali sądowej i niecierpliwe oczekiwanie na końcowy werdykt, ale i tym razem Karin Slaughter mnie zaskoczyła. Co prawda obserwujemy przygotowania do procesu, ale tak naprawdę fabuła kręci się wokół wydarzeń sprzed dwudziestu trzech lat. Najpierw zdziwiłam się, że autorka tak szybko odkryła karty, bo czytelnik już na początku dowiaduje się, co się wydarzyło i jakie były tego konsekwencje, ale tak zbrodnia przed ponad dwóch dekad pociągnęła za sobą całą lawinę dramatycznych zdarzeń, a fabuła komplikuje się z rozdziału na rozdział. „Fałszywy świadek” to nie tylko wciągający thriller, w którym autorka szuka odpowiedzi na pytanie, czy w ogóle istnieją geniusze zbrodni, a zło dziedziczymy w genach, czy może po prostu jedni przestępcy mają więcej szczęścia od innych? To również przejmująca opowieść o trudnych wyborach, sile siostrzanej miłości i uzależnieniu, od którego nie sposób się uwolnić.

„Ludzie myślą, że historia jest jak książka mająca początek, środek i koniec. Ale nie jest tak. Prawdziwe życie to ten środek”. „Fałszywy świadek” świetnie się zaczyna, a potem jest już tylko lepiej i tak aż do niesamowitego finału, który wbija w fotel. Książkę pochłonęłam w zawrotnym tempie, a Karin Slaughter po raz kolejny zafundowała mi prawdziwy emocjonalny rollercoaster, tym razem z pandemią koronawirusa w tle.

Książkę „Fałszywy świadek oraz inne książki thrillery znajdziecie w księgarni internetowej selkar.pl

Autorka recenzji: Ewa Ciężkowska – Rumin