C. G. Drews “Tysiąc idealnych nut”

Muzyka to najpiękniejsze drgania cząsteczek powietrza, jakie dane mi było usłyszeć. To cudowne lekarstwo dla duszy, dostępne bez recepty i niemożliwe do przedawkowania. Aż pozwolę sobie zacytować słowa świetnego kompozytora Balázsa Havasiego „Muzyka jest mostem pomiędzy kulturami i światami”. Ale co się dzieje, gdy jesteśmy do niej zmuszani? Czy można ją znienawidzić?

Beck Keverich to typ nastolatka, którego działanie kończy się już na etapie fantazjowania, a Steinway (fortepian) to jedyna rzecz w jego pokoju, która warta jest uwagi. Mieszka z młodszą przyrodnią siostrą oraz matką, którą nazywa Maestro – i to właśnie ona jest powodem jego nieszczęścia. Niespełniona pianistka, stara się za wszelką cenę zrobić z syna wirtuoza, zupełnie nie licząc się z jego uczuciami ani tym bardziej zdaniem.

„Tysiąc idealnych nut” traktuje o zjawisku, które wbrew pozorom obecne jest w wielu rodzinach. Rodzice niejednokrotnie zmuszają swe pociechy, by te spełniły ich marzenia. Balet, wysoka pozycja zawodowa, czy wspomniana już gra na fortepianie, to tylko kilka przykładów, bo lista nie ma końca. Czy to dobre? Oczywiście, że nie. Wiele dzieci pragnie zadowolić swoich rodziców, ale często bardzo źle się to kończy. Zwłaszcza, jeśli ktoś nie ma do czegoś daru. Tak jak w przypadku głównego bohatera. Poznajemy go w momencie, kiedy jego myśli są czarne jak noc. Gdyby mógł, zapewne spaliłby narzucone mu nuty, a następnie fortepian. Nie cieszy go gra na instrumencie, choć głównym tego powodem jest żelazny upór matki, która zmusza go do grania niczym dyktator. Może gdyby nieco odpuściła…? Może gdyby odpuściła, dostrzegłaby, że jej dziecko jednak lubi muzykę… że nawet ją komponuje!

„Huragan muzyki zamiera, z palców sączy się cisza. Ulga. Gdyby w tym momencie Chopin wszedł do sypialni, Beck udusiłby go sznurówką”

15- letni Beck jest bohaterem szalenie dojrzałym. Pomimo młodego wieku jest w stanie panować nad emocjami, a zarazem otaczać młodszą siostrę płaszczem bezpieczeństwa. Jego postawa w opisywanych sytuacjach intryguje i sprawia, że wzrok zatrzymuje się właśnie na nim. Na niepozornym chłopaku, który grając wedle zasad Maestro (matki), cierpi. Kompletnie nie spodziewałam się tak wykreowanej postaci. Owszem, opis z tyłu książki zdradza to i owo, jednak sposób, w jaki Beck został przedstawiony, wykracza poza skalę. Nie skończył się jeszcze pierwszy rozdział, a byłam prawdziwie ciekawa, jak Beck poradzi sobie z matką i czy spełni jej marzenie. I jak poradzi sobie z pozostałymi problemami, które sprowadził na jego rodzinę drogi fortepian.

Skoro była mowa o głównym bohaterze, warto napomknąć o całej reszcie. Czy jest ich dużo? Oj nie. „Tysiąc idealnych nut” to wymarzona książka dla tych, którzy najlepiej czują się, gdy postaci jest zaledwie kilka. Ten okrojony skład niezmiennie jawi się na pierwszym planie, pozbawiając całą resztą szansy na dołączenie do ich wąskiego grona. O ilu osobach mowa? Aż trzech! Z jednej strony pozwala to skupić się na konkretnym wątku, ale z drugiej strony nadaje historii nieco ubogi wydźwięk. To trochę tak, jakby zestawić ze sobą perkusję, fortepian, skrzypce i gitarę. Przez chwilkę skład ten wyda się ciekawy, ale po jakimś czasie słuchającemu zacznie brakować urozmaiceń… fletu, puzonu czy harfy. Czegoś nowego, co pojawi się choćby na chwilę. Dokładnie tak samo było tutaj. Przez jakiś czas dało się czuć powiew świeżości, by zaczęła ona zanikać. Autorka troszkę zbyt mocno skupiła się na fortepianie, niemalże wyrzucając całą resztę. A przecież nie samym graniem na instrumencie człowiek żyje. Nie uczyniło to książki okropnej, oj nie, jednak pozbawiło nieco barw.

Spodziewałam się, że książka przepełniona będzie negatywnymi emocjami, ale nie spodziewałam się, że będą one wręcz niepokojące – i to już na pierwszej stronie! Ponadto pozycja ta kierowana jest do młodzieży, ale nie jest ona głupiutką opowiastką, która nic nie wnosi. Wręcz przeciwnie. Uważam, że to świetna historia, zwłaszcza dla przyszłych rodziców. Tak ku przestrodze. Świetna jest również dla pozostałych, jako coś ambitniejszego, co skłoni do chwili refleksji – wszak przemoc fizyczna i psychiczna to mocno powszechne zjawisko, które dotyka nie tylko dorosłych, ale i tych młodszych.

A samo zakończenie? Wbija w fotel! Nie należę do czytelników, których łatwo wzruszyć. Nie zużywam ciężarówek chusteczek i rzadko śmieję się na głos. Oczywiście nie zdradzę, jakie to emocje wywołały we mnie ostatnie strony, ale były one naprawdę potężne. Dawno nie doświadczyłam czegoś takiego i życzyłabym sobie więcej. Ale dobrze wiem, że to tylko życzenie. Zapewne długo nie trafię na tak szczególną książkę. Czuję to!

„Tysiąc idealnych nut” to świetny debiut, który powinno przeczytać jak najwięcej osób. Najlepiej w ciszy i skupieniu, by odpowiednio odebrać przekaz autorki. Nie trzeba obawiać się braku znajomości nut ani pojęć muzycznych, gdyż tego jest bardzo mało. Ważne są emocje głównego bohatera oraz jego myśli. To on jest w tym wszystkim najważniejszy. A książka… daje mocno do myślenia i paraliżuje na jakiś czas. To naprawdę nie jest pozycja, którą zabiera się w pogodny dzień na plażę. To coś znacznie więcej. To coś naprawdę mocnego.

Autorka recenzji: Daria Łapa

“Tysiąc idealnych nut” i inne polecane książki dla młodzieży znajdziesz w księgarni selkar.pl