ksiażki podróżnicze

Recenzja książki „Alaska. Przystanek na krańcu świata” Damiana Hadasia.

„Ta książka nie jest kompendium wiedzy o Alasce, a raczej zbiorem własnych i cudzych doświadczeń, rozmów oraz legend, w których granice prawdy i mitu dawno się już zatarły. To opowieści o bohaterach, poszukiwaczach przygód, tyranach i ich ofiarach. O przyrodzie, która nadal stawia opór człowiekowi, i o ludziach którzy niestrudzenie starają się ją ujarzmiać, mając pełną świadomość, że i tak nie jest to możliwe”. Alaska jest największym amerykańskim stanem, ale też najrzadziej zaludnionym, bo na jeden kilometr kwadratowy przypada tylko pół mieszkańca. A jednak ten odludny zakątek świata, w którym występują cztery pory roku – „zima, czerwiec, lipiec oraz sierpień”, przyciąga co roku rzesze turystów. Czy Alaska jest „dokładnie taka, jaką sprzedaje się w broszurach biur turystycznych”? Żeby się o tym przekonać, musicie albo rezerwować sobie bilet na najbliższy lot do Anchorage, albo przeczytać „Alaskę. Przystanek na krańcu świata” autorstwa Damiana Hadasia.

W kilkunastu rozdziałach  autor opisuje blaski i cienie życia na Alasce, bo jest to stan pełen kontrastów. Z jeden strony nie nakłada się na mieszkańców podatku dochodowego/od sprzedaży, z drugiej – koszty życia są jedynymi z najwyższych w całym USA. Wyjątkową wagę przykłada się do ochrony przyrody, a rocznie zabija się ponad siedem tysięcy łosi (dwie trzecie dorosłych mieszkańców posiada broń palną), a „Alaska ogrzewa się nawet dwukrotnie szybciej niż reszta Stanów Zjednoczonych”. Już na pierwszy rzut oka widać, że alaskańska rzeczywistość różni się od polskiej, a Damian Hadaś w kolejnych rozdziałach udowadnia nam jak bardzo. My w upalne dni zajadamy się tradycyjnymi lodami, a mieszkańcy Alaski przy trzydziestostopniowym mrozie – lodami Eskimosów. Gdyby ktoś chciał sobie przyrządzić ten przysmak w zaciszu własnego domu, autor podaje prosty przepis – wystarczy sporą ilość jagód i świeżego śniegu wymieszać z tłuszczem z karibu lub łosia oraz olejem z tłuszczu foki… i już można się cieszysz wyjątkowym smakiem Akutaq! Pewnie niewielu z nas miało okazję udać się do toalety z przenośnym sedesem w ręku, albo spędzić popołudnie, obserwując zmagania uczestników wyścigu wychodków, ale niejeden rodak wkroczył w czasie świąt w hiperfagię – charakterystyczny dla alaskańskich drapieżników stan, w którym „jedzą nieprzerwanie i nigdy nie czują się przejedzone”. Żebym nie wiem jak długo wpatrywała się w niebo, nie zobaczę zorzy polarnej. Chociaż podziwianie jej na Alasce też nie jest na sto procent pewne, bo jest ona „niezwykle przebiegłą damą i nigdy nie wiadomo czy, kiedy i jak długo zatańczy na niebie”. Spacerując po lesie, nie trafię na żabę, która „w okresie mrozów całkowicie zamarza, po czym, jak gdyby nigdy nic, powraca do pełni życia w okresie wiosennym”, a wśród organizowanych w Polsce imprez plenerowych raczej nie znajdę festiwalu robaków lodowych, chociaż chętnie bym na taki pojechała.

Łosie i niedźwiedzie, petrodolary i życie w przyczepach bez bieżącej wody, trzęsienia ziemi i ekstremalnie niskie temperatury. Alaska to fascynujące miejsce i autor opowiada o tym niezwykłym amerykańskim stanie w arcyciekawy sposób. Poznajemy lokalne zwyczaje i ludzi, którzy na Alasce się urodzili albo z takich czy innych powodów postanowili związać z nią swoje życie. „Alaska. Przystanek na krańcu świata” jest bardzo osobista, naszpikowana ciekawostkami i anegdotami, a całość dopełniają przepiękne zdjęcia. I tutaj jedyna krytyczna uwaga – dlaczego zdecydowano się na matowy, a nie na błyszczący papier? Książkę Damiana Hadasia przeczytałam z ogromną przyjemnością i polecam ją nie tylko czytelnikom, którzy wychowali się na kultowym „Przystanku Alaska”.

„Alaska. Przystanek na krańcu świata” oraz inne książki literatury faktu znajdziecie w księgarni internetowej selkar.pl

Autorka recenzji: Ewa Ciężkowska – Rumin