Recenzja książki “Arlo Finch i Dolina Ognia”

Książka „Arlo Finch i Dolina Ognia” Johna Augusta chodziła za mną od dłuższego czasu. Historia pełna przygód, magii oraz niebezpieczeństw. Powieść skierowana do dzieci w wieku 9-12 lat, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Nabycie dowodu osobistego nie zniszczyło we mnie dziecka. Wciąż lubię sięgać po literaturę dla dzieci tudzież młodzieży. I choć odbieram ją zupełnie inaczej niż kiedyś, to zupełnie mi to nie wadzi. Ba, często książki dla młodszego czytelnika są lepsze, niż te skierowane do starszych. Ale do brzegu!

Arlo Finch przyjeżdża do Kolorado, wraz ze swą starszą siostrą i matką. Po co? Jego matka odziedziczyła domek, w którym de facto mieszka już jej brat (Wade), i który wygląda, jakby lada moment miał się rozpaść… wcale nie pomaga fakt, że budynek opiera się o zbocze wzgórza. Niezbyt miło, prawda? Arlo też nie czuje się z tym zbyt komfortowo i już na dzień dobry obmyśla warianty przetrwania, gdyby coś się stało. Wszak licho nie śpi! Ale szybko wychodzi na jaw, że rozpadający się dom wcale nie jest największym zmartwieniem naszego bohatera. Prawdziwe niebezpieczeństwo czyha bowiem w lesie.

Pierwsze, co rzuca się w oczy, to ilustracje – od bieli aż po czerń. Klimatyczne, nieco mroczne, a już z pewnością dodające historii tajemniczości. Uwielbiam. Doskonale wkomponowywały się w opowieść, potęgując wrażenia, które na ogół oplecione były niepokojem. Już sam początek nie brzmiał przyjaźnie… Ot choćby rozlatujący się dom, który nazwany został „meliną morderców”. Następnie pojawianie się rzeczy oraz wydarzeń, których próżno szukać w mieszkaniach większości czytelników – pozwolę sobie nie podawać przykładów, by nie psuć Wam zabawy, jeśli zdecydujecie się sięgnąć po tę książkę. Ale wierzcie mi, uczucie niepokoju i zwiększona czujność gwarantowane! A jeśli tak się zaczyna książka, chce się czytać dalej!

Następne, co rzuca się w oczy, to zupełnie nowe pojęcia oraz zjawiska, które nie występują w świecie mugoli. Niby nie magia, ale jednak magia. Jakoś nie przepadam za takimi udziwnieniami w książkach, ale tutaj mi to jakoś nie przeszkadzało. Dało się to znieść i przyswoić. Bardziej jednak dziwiło mnie podejście Arlo, bo jakoś nie wmawiał sobie, że to niemożliwe i nie uciekał. Wręcz szybko się z tym oswoił i nie zadawał zbyt wielu pytań. Nigdy nie zrozumiem takich bohaterów. To trochę tak, jakbym pojechała na biwak na Węgry i nie dziwiła się specjalnie na widok świecących ludzi czy wirującego lasu. Tak, wiem, powiecie, że fikcja literacka. Okej.

Warte uwagi jest też to, że choć książka ta przeznaczona jest dla młodszego czytelnika, nie traktuje go jak dziecka. Słownictwo, dialogi, elementy fabuły – wszystko to jest dopracowane i mało dziecinne. Czasami nieco mroczne. Nawet główny bohater, który ma 12 lat, zdaje się być znacznie starszy. Myśli dojrzalej, nie dąsa się, nie trzyma maminej spódnicy i nie boi wyzwań. Podczas czytania ciągle zapominałam, że on ma jedynie 12 lat!

Ale gdy skończyłam czytać… byłam nieco zawiedziona. Spodziewałam się większego bum na ostatnich stronach, a skończyło się dość… normalnie. Jestem ciekawa, co będzie dalej, ale nie jest to ciekawość, którą chcę zaspokoić już, zaraz. A zatem mogło być lepiej. Niemniej będą kolejne części i zapewne wielu młodszych czytelników się ucieszy. Wszak „Arlo Finch i Dolina Ognia” to pierwszy tom serii i myślę, że całkiem dobry. I choć zdarzyło się kilka błędów logicznych, to jestem pewna, że młodzi czytelnicy zupełnie nie zwrócą na nie uwagi. Z pewnością będą czytać o przygodach Arlo i jednocześnie chcieć pojechać do lasu – bo właśnie tam dzieje się większość akcji. Jestem przekonana, że wiele maluchów poczuje zew przygody i pociąg do biwakowania. A to wartość bezcenna!

Autorka recenzji: Daria Łapa

“Arlo Finch i Dolinę Ognia” oraz inne książki przygodowe dla młodzieży znajdziesz w księgarni internetowej selkar.pl.