Magdalena Witkiewicz

Recenzja książki „Drzewko szczęścia” Magdaleny Witkiewicz

Pewnie nie ma w tym kraju miłośniczki literatury kobiecej, która nie znałaby ciepłych,  poruszających i doprawionych szczyptą humoru bestsellerowych powieści Magdaleny Witkiewicz. A nawet jeżeli ktoś nie przepada za tego rodzaju książkami, zapewne słyszał o tej niezwykle popularnej pisarce albo zna kogoś, kto zaczytuje się w takich tytułach, jak „Czereśnie zawsze muszą być dwie”, „Szczęście pachnące wanilią” czy „Pracownia dobrych myśli”. Kilka miesięcy temu doskonale się bawiłam,  śledząc losy bohaterów „Awarii małżeńskiej” pisarskiego duetu Magdalena Witkiewicz/Natasza Socha, więc sięgając po świąteczne „Drzewko szczęścia” liczyłam na zabawną, lekką i przyjemną lekturę, która wprowadzi mnie w doskonały nastrój. Czy i tym razem zostałam porwana przez lawinę… śmiechu?

Przy wigilijnym stole spotykają się członkowie wielopokoleniowej rodziny. Do niewielkiej miejscowości pod Warszawą, w której mieszka seniorka rodu – ponad dziewięćdziesięcioletnia Kornelia Trzpiot, przyjeżdżają jej dwie córki – Helena i Jadwiga wraz z mężami i dorosłymi dziećmi, które też doczekały się już swoich pociech. Listę gości uzupełnia młodszy brat Kornelii, zaledwie osiemdziesięciojednoletni Heniek. Uroczyste biesiadowanie przy suto zastawionym stole niespodziewanie przerywa wybuch gospodyni. Kornelia Trzpiot uderza pięścią w stół i uroczyście oświadcza, że bez herbu nie umrze, a jej bliscy mają poświęcić najbliższe miesiące na zgłębianie historii rodziny i stworzenie drzewa genealogicznego.  Jeżeli się nie zgodzą, starsza pani odda cały swój majątek biednym. Dlaczego seniorka nagle zamarzyła o tytule szlacheckim? Czy chodzi tylko o to, aby na marmurowym nagrobku wygrawerowano jej napis „”Tu spoczywa w spokoju hrabina Kornelia Trzpiot, wieczny odpoczynek racz jej dać, Panie”?

„Jednak geny to są geny. Pewnych spraw nie przeskoczysz”. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że bohaterowie „Drzewka szczęścia” to chodzące stereotypy. Znajdziemy wśród nich między innymi : energiczną staruszkę (która boi się, że jej rodzina „zupełnie się rozejdzie po świecie, każdy pójdzie w swoją stronę. Jak ziarenka piasku rozwiewane przez wiatr, który zrywa się zupełny nagle i niespodziewanie”), dobrotliwego księdza z anielską cierpliwością znoszącego kolejne wysoki leciwej przyjaciółki, małżeństwo pracoholików i zbuntowaną nastolatkę, która zaciekle walczy o uwagę rodziców,  brzydkie kaczątko z wiekiem przemienione w łabędzia czy niepoprawnego podrywacza. Jednak z każda z postaci jest na swój sposób ciekawa i budzi autentyczną sympatię, a razem tworzą prawdziwą mieszankę wybuchową. Znalazł się wśród nich też zagraniczny rodzynek  i wyjątkową frajdę sprawiło mi obserwowania zderzenia Henry’ego Marii Campbella  z polską rzeczywistością. Szkoda, że dość szybko można się domyśleć, jaką rolę odegra w całej historii, bo jednak wolałabym zostać zaskoczona i dowiedzieć się tego dopiero na samym końcu książki. Kocham zwierzęta i rozumiem, że w świątecznych powieściach ku pokrzepieniu serce koniecznie musi się znaleźć jakiś puszysty kotek, zagubiony jelonek albo kudłaty piesek, ale akurat krowa do przytulania w ogóle do mnie nie przemówiła. Ze wszystkich wątków najbardziej podobały mi się perypetie małżeństwa Kosmowskich podróżujących „w celach heraldycznych”, a najmniej przemiana kobieciarza Konrada, który pod wpływem miłości i pewnego małego chłopca odkrywa, co jest w życiu najważniejsze.

„Drzewko szczęścia” Magdaleny Witkiewicz to szalenie sympatyczna świąteczna powieść obyczajowa. Może tym razem lawina śmiechu mnie nie porwała, ale w książce jest kilka naprawdę zabawnych momentów. Mnie najbardziej rozbawiła  „afera mailowa” i pewien ksiądz, który podpisuje się „WTF”. „Drzewo szczęścia” nie okazało się tak śmieszne jak „Awaria małżeństwa”, ale i bardzo miło spędziłam czas w towarzystwie Kornelii Trzpiot i jej zakręconej rodzinki.

„Drzewko szczęścia” oraz inne książki obyczajowe znajdziecie w księgarni internetowej selkar.pl

Autorka recenzji: Ewa Ciężkowska – Rumin