Recenzja książki „Dziewczynka w czerwonym płaszczyku”

„Wciąż pada śnieg. Znów stoimy na ulicy i czekamy. Każdego dnia tu stoimy, każdy dzień jest taki sam. Każda noc jest taka sama. W getcie nie ma snu. Nie ma zmierzchu i nie ma świtu. Są tylko oficerki, które wchodzą po schodach, psy, które szczekają, mężczyźni którzy wrzeszczą. Drzwi, które zostają gwałtownie otwarte, ludzie, którzy krzyczą, błagają, proszą, klną i przeklinają. Światło nigdy tu naprawdę nie gaśnie i nigdy nie jest tu spokojnie”. „Dziewczynka w czerwonym płaszczyku” Romy Ligockiej trafiła do mnie tuż po wybuchu wojny w Ukrainie. Przez kilka miesięcy odkładam lekturę tego „poruszającego świadectwa dziecka Holokaustu”, licząc, że kiedy wreszcie się do niego zabiorę, miliony uchodźców zdążą już wrócić do domu. Tymczasem wojna trwa i nic nie wskazuje na to, żeby miała się wkrótce skończyć…

„Dziewczynka w czerwonym płaszczyku” to historia Romy Ligockiej, która przyszła na świat w 1938 roku w Krakowie jako Roma Liebling, córka Dawida i Teofilii z domu Abrahamer. Kiedy poznajemy bohaterkę, ta ma zaledwie kilka lat i mieszka w getcie krakowskim wraz z rodzicami i ukochaną babcią. Początkowe rozdziały, w których obserwujemy codzienność za murami getta z perspektywy małego dziecka, są naprawdę wstrząsające. Wielokrotnie musiałam przerywać lekturę, bo czytanie o ciągłym strachu, który „staje się każdego dnia coraz gorszy”, „czekaniu na nic”, ludziach „sortowanych jak towar” i próbujących przestać istnieć, „upodobniając się do kamieni, do murów” oraz niemożliwości zdobycia trucizny, bo „całe rodziny popełniają samobójstwa, chcą umrzeć razem”, okazało się ponad moje siły. Nie można nie zwrócić uwagi na sposób, w jaki autorka opisuje piekło, w którym przyszło jej żyć – do bólu oszczędnie. W tekście nie znajdziemy ani jednego zbędnego słowa, przez co książkę czyta się ze ściśniętym gardłem. Kolejne kilkadziesiąt stron zostało poświęconych okresowi, w którym Roma wraz z mamą ukrywała się u rodziny Kierników, ale „to było pożyczone życie, pożyczone dzieciństwo u pożyczonej rodziny”. Łudziłam się, że kiedy wojna wreszcie się skończy, bohaterka będzie mogła być po prostu małą dziewczynką, dla której możliwość pobawienia się na dworze z innymi dziećmi nie jest już nieosiągalnym marzeniem. Wojna się skończyła, ale ci, którzy ją przeżyli, zarówno dorośli, jak i dzieci, nadal są „więźniami własnej przeszłości i własnego strachu”, co doskonale widać na przykładzie nauczycieli i uczniów żydowskiej szkoły, do której uczęszczała Roma. Z książki dowiedziałam się też sporo na temat bardzo trudnego dzieciństwa Romana Polańskiego, kuzyna Ligockiej. W dalszych rozdziałach możemy przeczytać o jej krótkiej fascynacji komunizmem, tęsknocie za „brakującymi w socjalizmie kolorami”, pierwszej miłości i wyjeździe do Izraela, a potem o burzliwych małżeństwach, znajomości ze Zbigniewem Herbertem, pracy kostiumologa/scenografa, macierzyństwie, próbie odnalezienia się zagranicą i w końcu uzależnieniu od tabletek, bez których w pewnym momencie Roma nie mogła już żyć.

„Psychiczne rany ofiar Holokaustu” są tak głębokie, że „ranią również ich dzieci”. Często się mówi, że czyjeś życie to gotowy scenariusz na film, ale w wypadku Romy Ligockiej trzeba by było nakręcić wysokobudżetowy i co najmniej kilkudziesięcioodcinkowy serial. Szczerość autorki jest momentami porażająca. Niewiele osób odważyłoby się tak otwarcie opowiadać o swoim życiu. Dziewczynka w czerwonym płaszczyku” to lektura poruszająca i dająca do myślenia, której tak naprawdę nie wypada recenzować. Można ją tylko gorąco polecać.

„Dziewczynkę w czerwonym płaszczyku” inne książki o tematyce wojennej znajdziesz w księgarni internetowej selkar.pl

Autorka recenzji: Ewa Ciężkowska-Rumin.