Recenzja książki “Gdyby ocean nosił twoje imię”

Rzadko zdarza się, że ktoś potrafi mówić prosto o rzeczach trudnych. Tahereh Mafi jednak opanowała tę sztukę do perfekcji. Ocierając się o bardzo rozległe i skomplikowane tematy przedstawia nam historię młodej, silnej kobiety, próbującej wyrwać się z błędnego koła, jakim stało się jej życie.

Narratorem jest główna bohaterka, Shirin, która, choć wychowała się w USA, ma perskie korzenie, o czym otaczające ją społeczeństwo nieustannie jej przypomina. Sama dziewczyna nie wstydzi się rodziny z Iranu, jednak nieustanne docinki ze strony obcych ludzi powoli wykańczają ją psychicznie. Wszystko skomplikowało się po zamachach z 11 września 2001 roku. Po tych tragicznych zdarzeniach osoby jej pokroju są traktowane z jeszcze większym dystansem, a często też z wrogością. Shirin stara się ignorować zaczepki, dlatego unika wszelkiego kontaktu z ludźmi. W szkole, by przetrwać, słucha muzyki na słuchawkach ukrytych pod chustą. Pewnego dnia poznaje Ocean’a, chłopaka zupełnie nieobeznanego z jej kulturą, a mimo to niesamowicie uprzejmego. On jeden od dawna wydaje się nie być negatywnie nastawiony do koleżanki, czego ona z początku nie potrafi kompletnie zrozumieć. Może jednak wciąż istnieją dobrzy ludzie? Może czas zawalczyć o siebie i swoje marzenia zamiast kulić się w kącie?

Od dawna marzeniem Shirin i jej brata był breakdance. W dzieciństwie oglądali namiętnie wszystkie filmy z nim związane, śledzili wielogodzinne zawody w telewizji, a teraz mają szansę spróbować swoich sił i stać się częścią zespołu. Wydaje się, że moment, w którym powstało szkolne koło, pozwalające realizować tę pasję, był w pewnym sensie przełomem. Dziewczyna może stać się wreszcie częścią jakiejś grupy, zyskuję motywację do działania. Wcześniej niechętnie się angażowała – do tego przyzwyczaiło ją ciągłe życie na walizkach, a teraz ma powód by wyjść z domu.

W Shirin pozornie zmienia się wszystko, od ubioru, po zachowanie i budowanie relacji z ludźmi. Jednak tak naprawdę to nie żadna zmiana. Ona zawsze taka była, ale teraz postanowiła zaryzykować i uzewnętrznić swoje pragnienia. Kiedyś musiała ukrywać prawdziwą siebie, bo mogła narazić się na atak, szyderstwa i pogardę, wtedy jeszcze nie była gotowa. Ale z czasem wie, jak bronić się przed złym światem, który postanowił ją zaszufladkować. Jej historia pokazuje, na jak wiele aspektów naszego życia może wpłynąć nastawienie i właściwe osoby u naszego boku.

Głównym wątkiem jest ten dotyczący Ocean’a James’a, który wciąż ma w sobie na tyle empatii i wyczucia, by nie odrzucać nikogo przez pryzmat stereotypów. Choć nie znaczy to wcale, że on sam czasem nie palnie jakiejś głupoty. Ale nie to jest ważne, lecz to, że potrafi przeprosić i przyznać się do błędu. Jest otwarty na innych i my też tacy powinniśmy być. Mimo, że książka przeznaczona jest raczej dla młodzieży, czyta się ją nadzwyczaj dobrze. Otwiera też wiele klapek w naszym umyśle. W końcu wszyscy mamy wyrobione opinie na różne tematy, a muzułmanie często wywołują negatywne skojarzenia. Dlatego warto przeczytać „Gdyby ocean nosił twoje imię” i zobaczyć, jak Shirin krok po kroku przedstawia nam temat ze swojej perspektywy i uczy nas o swojej kulturze w bardzo spokojny, nienachalny i przystępny sposób.

Autorka recenzji: Klaudia Sowa

“Gdyby ocean nosił twoje imię” i inne książki young adult znajdziecie w księgarni selkar.pl.