Książka Jem to co kocham i chudnę

Recenzja książki „Jem to co kocham i chudnę”

Obecnie, gdy prawie na każdym rogu stoi fastfood, a półki marketów uginają się pod opakowaniami z przetworzoną żywnością, ludzi nieraz łapie refleksja, czy aby na pewno warto jeść i żyć w ten sposób. Poszukujemy więc alternatyw dla tłuszczów i mięsa, na rzecz warzyw, ziół i zbóż. Początkującym może jednak zabraknąć inspiracji co do tego, jak te wszystkie strączki, jarzyny i oliwy z oliwek wkomponować w swoją dietę, dlatego z pomocą przychodzą im Karolina oraz Maciej Szaciłło z książeczką swojego autorstwa „Jem (to co) kocham i chudnę”.

Jeśli ktoś nie odnajduje się w weganizmie, to prawdopodobnie niewiele pożytku przyniesie mu ta pozycja. Znajdują się w niej bowiem jedynie przepisy na lekkostrawne potrawy, pozbawione w zupełności produktów odzwierzęcych. Dlatego, jeżeli nie lubicie kaszy pęczak, nie zamierzacie inwestować w moździerz, a z rukolą Wam nie po drodze, to poszukajcie innego przewodnika po zdrowym żywieniu. W zasadzie krąg osób, do których tę książkę skierowano, jest niezwykle wąski. Dodatkowo, Ci, którzy wcześniej sięgali po inne dzieła państwa Szaciłło, mogą odnieść wrażenie, że autorzy poszli trochę na łatwiznę i tylko nieco zmodyfikowali swoje już „wydrukowane” przepisy. Dla mnie samej niewiele różni się (czy to w smaku, czy w wyglądzie) jedna ich zupa z ciecierzycy od drugiej. Autorzy podkreślają, że kwestia doprawienia wszystko zmienia, ale niespecjalnie to kupuję. Dla mnie ich propozycje są do siebie zbyt podobne, a w konsekwencji cała dieta wypada jako mało różnorodna. Tym bardziej zalecam sięgnięcie po „Jem (to co) kocham i chudnę” prawdziwym miłośnikom papryki, octu jabłkowego i miodu, bo zapewne ucieszą się, do jak wielu dań mogą swoje ukochane składniki wykorzystać, natomiast entuzjastom steków, makaronów, czy sosów radzę się trzymać z daleka.

Od strony technicznej książce też można parę rzeczy zarzucić. Po pierwsze: forma. Coś się musiało zadziać podczas edycji, ponieważ układ przepisów na stronie często jest tak chaotyczny, że z trudem odnajduje się interesujący nas fragment, co jest szczególnie uciążliwe, jeśli mamy do czynienia z poradami kulinarnymi. Receptury, lista komponentów i dodatkowe wskazówki rzadko znajdują się obok siebie. Zwykle rozlewają się na trzy odrębne strony, ale nie ze względu na ich długość, tylko przez dziwną wizję wydawnictwa.

Po drugie: objętość. Książka Szaciłłów jest śmiesznie mała. Wszelkie zawarte w niej, nazwijmy to, mądrości są poprzetykane zdjęciami i dziwnymi zawijasami, oderwanymi od treści, które mają wspomóc osiągnięcie minimalnej liczby stron. W środku znajdziemy tylko siedemnaście przepisów! I to, jak już podkreślałam, bardzo zbliżonych do siebie charakterem. Do tego wcale nie są to jakieś niebanalne, odkrywcze dania, a głównie mieszaniny kilku rodzajów warzyw, więc każdy musi sobie indywidualnie zadać pytanie, czy tego właśnie szuka i czy mu taka wersja mini odpowiada.
Po trzecie: stagnacja. Po kolejnej pozycji Karoliny i Macieja mam wrażenie, że autorzy zamknęli się na dobre w swojej strefie komfortu i już za bardzo samych siebie ani swoich czytelników pod kątem kulinarnym nie rozwiną. Im dalej w las tym bardziej wtórne wydają się ich propozycje. Dominują u nich kasze, zielenina i zdrowsze słodzidła, dlatego albo tę dietę pokochacie, albo zupełnie się od niej odbijecie.

Jem to co kocham i chudnę” oraz inne poradniki znajdziecie w księgarni internetowej selkar.pl

Autorka recenzji: Klaudia Sowa.