Książka Horror

Recenzja książki “Kobieta w czerni. Rączka” Susan Hill

„Czy wierzę w duchy? To często zadawane pytanie, a usłyszawszy je, najczęściej dla bezpieczeństwa odpowiedziałbym: „może””. Nie trzeba wierzyć w duchy, demony, strzygi czy upiory, żeby uwielbiać o nich czytać. Na początku lat 80-tych ubiegłego wieku Susan Hill zachwyciła czytelników sfilmowaną w 2012 roku „Kobietą w czerni”, a prawie trzy dekady później opublikowała utrzymaną w podobnym klimacie „Rączkę”. Teraz te dwie wysmakowane historie o duchach zostały przepięknie wydane w jednej książce, która powinna znaleźć się na półce każdego amatora stylowych opowieści z dreszczykiem.

Głównym bohaterem „Kobiety w czerni” jest Arthur Kipps. Tego zdecydowanie zbyt wcześnie postarzałego mężczyznę, który stał się  „ponurym, bladym typem o kwaśnej minie: rodzajem wyliniałego kundla”, poznajemy w wigilijny wieczór. Mieszkańcy Monk’s Piece zasiadają przy kominku, by wzajemnie straszyć się opowieściami o duchach. Kippsa ta zabawa wyprowadza z równowagi i skłania do opisania przerażających zdarzeń, które miały miejsce wiele lat wcześniej, kiedy to Arthur został wysłany do położonego na odludziu domu na Węgorzowych Mokradłach, by przejrzeć papiery zmarłej klientki. Wiedziony ciekawością postanowił odkryć sekrety skrywane przez ponure domostwo oraz tożsamość tajemniczej kobiety, która niespodziewanie pojawiła się na pogrzebie pani Drablow.

Akcja „Rączki” rozgrywa się współcześnie. Adam Snow jest antykwariuszem, który zajmuje się wyszukiwaniem na polecenie bogatych klientów unikatowych książek i manuskryptów. Podczas jednej ze swoich rozlicznych podróży Adam gubi drogę i  trafia do opuszczonego domu z zaniedbanym ogrodem. Tam dochodzi do niewytłumaczalnego zdarzenia, które na zawsze odmieni życie Snowa. Co przed laty wydarzyło się w niszczejącym Białym Domu? Czy mężczyzna traci powoli zmysły, czy naprawdę udało mu się nawiązać kontakt z niewidzialną istotą?

„To zastanawiające, jaką potężną siłą potrafi być sama ciekawość”.  Gdyby bohaterowie „Kobiety w czerni” i „Rączki” byli mniej dociekliwi, pewnie nie dotknęłoby ich żadne nieszczęście, a tak przyszło im zapłacić wysoką ceną za wyjaśnienie zagadek z przeszłości. Obie historie są równie mroczne i wciągające, ale bardziej podobała mi się „Rączka”. Może dlatego, że widziałam ekranizację „Kobiety w czerni” i siłą rzeczy zakończenie, a trzeba przyznać, że jest świetne, po prostu nie mogło mnie zaskoczyć. Susan Hill po mistrzowsku buduje nastrój grozy. Atmosferę strachu i niepewności udało jej się wygenerować dzięki odludnym i złowieszczym miejscom akcji (zapuszczony ogród z głębokim stawem czy stare domostwo stojące na spowitych mgłą trzęsawiskach), jak i niesprzyjającym warunkom pogodowym. Dom na Węgorzowych Mokradłach nie tonął w strugach deszczu, a „wydawał się statkiem na wzburzonym morzu, jakby miotanym przez sztormową wichurę szalejącą po otwartych mokradłach. Wszystkie framugi dygotały, powietrze z jękiem spływało po wszystkich kominach, z gwizdem wdzierając się do zakamarków i szczelin”. Tego rodzaju opisy naprawdę działają na wyobraźnie. Na kartach powieści nie dochodzi do rozlewu krwi, nikt nie popełnia brutalnych zbrodni, a historie i tak wywołują ciarki na plecach. Nie mogę też nie wspomnieć o tym, jak elegancko książka została wydana – coraz rzadziej spotykana w przypadku beletrystyki, a tak przeze mnie lubiana twarda oprawa z obwolutą i do tego absolutnie zachwycająca okładka autorstwa Maćka Wolańskiego.

Warto odwiedzić dom na Węgorzowych Mokradłach, by spotkać nieustraszonego Spidera, i wybrać się na wycieczkę do górskiego klasztoru ze skrywającą wiele książkowych skarbów biblioteką. „Kobieta w czerni” i „Rączka” to krótkie, ale naprawdę stylowe opowieści o duchach.  Szczególnie ta pierwsza przywodzi na myśl klasyczne wiktoriańskie ghost stories, w których nawet skrzypnięcie drzwi przyprawia o szybsze bicie serca.

Autorka recenzji: Ewa Ciężkowska-Rumin

Książki horrory znajdziecie w księgarni internetowej selkar.pl.