ksiażki obyczajowe

Recenzja książki „Koło ratunkowe” Elisy Rocher

Zosi i Mateuszowi ostatnio nie układa się w związku. Od kilku miesięcy się mijają, a wszelkie próby pogodzenia się przekształcają się w sprzeczki, po których zapada milczenie. Chcąc ratować swoją relację z narzeczonym, a przy okazji także spełnić marzenie niedawno zmarłej matki, Zosia postanawia udać się z ukochanym w rejs na otwartym morzu. Wypoczynek ma być ich czasem na refleksję i szczerą rozmowę. Z początku kobieta czuje lekkie obawy przed wejściem na statek, a to ze względu na swój strach przed wodą. Mateusz jednak nie ustępuje i niemal siłą wpycha ją na pokład. Czyżby i jemu tak mocno zależało na odbudowaniu więzi z narzeczoną? Cóż, wychodzi, że niezbyt, ponieważ nim wczasowicze wypłyną z portu, mężczyzny już dawno nie będzie na statku. Opuszczona Zosia musi teraz samodzielnie zmierzyć się ze swoimi lękami, porzuceniem, ale też intrygą, którą przypadkowo odkrywa.

„Jak schwytać międzynarodowego oszusta, przezwyciężyć własny strach i spotkać miłość swojego życia?” – taki nagłówek możemy napotkać na tylnej okładce „Koła ratunkowego”. Okazuje się, że główna bohaterka jest dziennikarką śledczą, a ta fraza to tytuł jej nowego artykułu, który powstanie dzięki niesamowitym przygodom, jakie przeżyła podczas rejsu. Historia jest w pewien sposób zabawna, ponieważ poznając bliżej Zofię nikt z czytelników raczej nie podejrzewałby o realizowanie się w zawodzie wymagającym przynajmniej minimalnej dawki sprytu i opanowania. A to z pewnością nie są cechy tej pani. Kobieta od początku daje się nam poznać jako impulsywna, uległa i nieco naiwna.

Oczywiście główny wątek dotyczy kapitana statku, Dariusza. W zasadzie od pierwszego wejrzenia on i Zosia mają się ku sobie. Trudno stwierdzić, czemu między nimi zrodziło się jakiekolwiek uczucie, dlatego rozwój fabuły trochę mnie rozczarował. Nasza parka nie zamienia ze sobą z początku nawet kilku głębszych zdań, a już nie mogą się od siebie oderwać. Wygląda to, jakby Dario miał w zwyczaju podrywać co drugą pasażerkę, skoro tak łatwo przychodzi mu wpychanie się Zośce do kajuty. Dziwi mnie też to, że ona uległa mu tak łatwo, mimo że chwilę wcześniej została porzucona w dosyć brutalny sposób przez osobę, z którą spędziła ostatnie trzy lata. Rozumiałabym to, gdyby kobieta stwierdziła, że chce się wyszaleć, rozładować swój ból, ale ona wręcz podkreśla, że chce tylko kogoś na poważnie, z kim będzie mogła zbudować nowy związek. Dodatkowo raziło mnie to, jak Darek „zawłaszcza” sobie swoją zdobycz. W dużej mierze postępował dość nachalnie, co nie nastrajało mnie do niego zbyt pozytywnie.

Jeśli potrafi się do książki podejść z dystansem, to przy „Kole ratunkowym” Elisy Rocher można się naprawdę świetnie bawić. Jest w tej lekturze sporo absurdów, a wśród nich króluje wątek sensacyjno-kryminalny. Dlatego też myślę, że nie ma co brać jej zbyt na poważnie. Raczej się przy niej nie wzruszymy i nie zapłaczemy, nie będziemy też obgryzać paznokci ze stresu, ale można się pośmiać, rozluźnić i miło spędzić czas. A w końcu temu też służą książki, więc nie pozostaje mi nic innego, jak ocenić dzieło Rocher pozytywnie, bo, choć nie jest to twór najwyższych możliwych lotów, to daje radość z czytania, a to mi zdecydowanie w tym momencie wystarcza.

„Koło ratunkowe” oraz inne książki obyczajowe znajdziecie w księgarni internetowej selkar.pl

Autorka recenzji: Klaudia Sowa