Recenzja książki “Księgi zapomnianych żyć” Bridget Collins

Jeśli ktoś przepada za fantastyką, ale chciałby poczytać o czymś subtelniejszym od machania mieczem przed łbem smoka, to „Księgi zapomnianych żyć” z pewnością będą dla niego lekturą satysfakcjonującą. Nie mamy tu do czynienia z klasycznym światem fantasy, gdzie spotkamy cnotliwych rycerzy, cwanych rzezimieszków, okrutnych władców czy cichych i poważnych mędrców, prowadzących głównych bohaterów przez drogę ku ich przeznaczeniu. Zamiast tego zostajemy wrzuceni w świat, gdzie książki nie istnieją, a w zasadzie – istnieć nie powinny. Co prawda zachowało się trochę staroci z dawnych czasów, ale ich czytanie jest zakazane i budzi wstręt wśród innych ludzi.

W powieści Bridget Collins przyjdzie nam śledzić losy Emmetta, syna farmerów. Chłopak spędził większość życia pomagając rodzicom w gospodarstwie. Stan ten został przerwany przez nagłą i niespodziewaną chorobę, która go dopadła, odzierając go ze świadomości i wymuszając na nim agresywne zachowania. Choć najgorsze minęło, Emmett wciąż jest za słaby by dorównać innym rolnikom. Utracił też zaufanie ojca, który nie umiał pogodzić się ze stanem, w jaki jego syn wpadał, gdy trawiła go gorączka. Ich relacje dodatkowo komplikuje zaskakujący list od Seredith – oprawiaczki zamieszkującej bagna, którą miejscowa ludność okrzyknęła wiedźmą. Kobieta proponuje Emmettowi odbycie terminu pod jej okiem i wyuczenie się nowego rzemiosła. Cała ta sytuacja przytłacza chłopaka, który nie chce opuszczać rodzinnego domostwa. Nie potrafi też zrozumieć, dlaczego rodzice chcą, by nauczył się oprawiać książki, jeśli sami gardzą wszystkim, co z nimi związane.

Koniec końców główny bohater odbywa praktykę u Seredith, której postać zdecydowanie odbiega od znanego schematu mentorki ze świata fantasy. Krótko mówiąc, czasem wydaje się, że kobieta sama sobie nie radzi ze swoimi demonami. Zdarza się, że to Emmett musi ratować ją z opresji. Poza tym nie chce wyjawić mu sekretów swojej profesji, a okazuje się, że zdecydowanie jest co ujawniać! Dziwi mnie to, że zataja (i to niezbyt udolnie, niestety) podstawy arkanów swojej sztuki, że nie daje choć drobnych wskazówek swojemu uczniowi i nie przygotowuje go zbyt dobrze na to, co nastąpi później. Więcej z fabuły zdradzać nie zamierzam, ale przestrzegam, że kolejnych zwrotów akcji kompletnie nie da się przewidzieć, co oczywiście jest ich niekwestionowanym plusem. Oprócz tego czeka nas śledzenie procesu ustępowania choroby, nauka wytłaczania skóry i tajemnica drzwi, których nie wolno otwierać.

Pozostawienie czytelnika w niewiedzy, co do niektórych prawideł świata z „Ksiąg zapomnianych żyć” i podążanie za młodym czeladnikiem odpowiednio wprowadza nas w nastrój powieści. Na każdym kroku czuć niepewność, lekką obawę, ale też ekscytację na myśl o tym, co skrywa za sobą tytuł oprawiacza. Bridget Collins zdecydowanie zaszalała i dała się ponieść wyobraźni bardzo, bardzo daleko. W miejsce tak odległe, że udało jej się zaskoczyć czytelnika czymś świeżym i niepowtarzalnym. Ta książka to prawdziwy unikat, bo nie dość, że zaskakuje, to też odpowiednio buduje napięcie, dostarcza ogromnej dawki rozrywki, a momentami nawet grozy. Przede wszystkim urzekły mnie nieszablonowe postacie pełne werwy i kolorytu. Ich historie nie są krótkie i banalne, lecz odkrywają się przed nami stopniowo i wciągają nas bez reszty. Już po opisie spodziewałam się czegoś dobrego, „poprawnego”, a w praktyce wypadło znacznie lepiej, więc powiedzieć, że jestem niezmiernie zadowolona, to jak nic nie powiedzieć.

Autorka recenzji: Klaudia Sowa

“Księgę zapomnianych żyć” i inne książki fantasy znajdziecie w księgarni internetowej selkar.pl.