reportaż

Recenzja książki “Łosie w kaczeńcach” Łukasza Łukasika i Magdaleny Sarat

„Fotografie pozornie milczą – widzimy tylko efekt ostateczny. Jednak za każdą z nich stoi jakaś opowieść o danym gatunku, o miejscu, ale też o nas”. Po przeczytaniu „Łosi w kaczeńcach” autorstwa Łukasza Łukasika i Magdaleny Sarat naszła mnie taka oto myśl: a gdyby tak rzucić wszystko i wyjechać… Nie, nie w Bieszczady, a do Doliny Narwi, Puszczy Augustowskiej, Doliny Górnej Wisły, Puszczy Białowieskiej i na Bagna Biebrzańskie? Czyż nie wspaniale byłyby ruszyć tropem dostojnego łosia, płochliwej sarny czy rozrywkowych wydr? Spędzać poranki na obserwowaniu ptasich zalotów, a wieczory na wsłuchiwaniu się w odgłosy lasu i jego fascynujących mieszkańców? Po lekturze pięknie wydanych „Łosi w kaczeńcach” nie mam już najmniejszych wątpliwości, że fotograf przyrody to najfajniejszy zawód na świecie!

Książka Łukasza Łukasika i Magdaleny Sarat składa się z króciutkich, bo zazwyczaj kilkustronicowych opowieści o próbie uchwycenia w kadrze konkretnego gatunku. Mogłoby się wydawać, że wszystkie te wyprawy przebiegają według jednego schematu. Najpierw autorzy narzekają, że muszą wcześnie wstawać, bo czwarta nad ranem to pora, w której nawet samochód nie ma ochoty podjąć współpracy. W zimie doskwiera im przejmujący chłód, ciemność, konieczność leżenia godzinami na wilgotnej ziemi, latem – uciążliwe upały i chmary owadów, a wiosną i jesienią plucha, która zamienia ich pracę „w brodzenie w błocie czy też przedzieranie się przez gęste zarośla o godzinie, gdy większość normalnych ludzi śpi w najlepsze”. Nie można też zapomnieć, że fotograf dźwiga nie tylko ciężki sprzęt – w tym “cztery i pół kilo aparatu z wielgachnym obiektywem” – ale też wyposażenie, którego nie powstydziłby się Rambo udające się na misję w głąb dżungli. Ogromnie rozbawiły się opisy budowania specjalnych kryjówek, w których czyha się na odpowiednie ujęcie, paradowania w niebędących ostatnim krzykiem mody spodniobutach albo w tylu warstwach ubrań, że nie można zgiąć kończyny, wypływania pontonem, który zaczyna przeciekać w najmniej odpowiednim momencie, czy wreszcie wypełzania z auta i sunięcia jak poczwarka.  Z tych opowieści można wysnuć wniosek, że życie fotografa przyrody to pasmo udręk i wyrzeczeń, a jednak czytając „Losie w kaczeńcach” z każdą stroną coraz bardziej zazdrościłam autorom, bo „przyroda pisze swoje, nie zawsze przewidywalne scenariusze, przy okazji hojnie obdarzając fotografa całą gamę emocji”. Chciałabym zobaczyć na własne oczy, jak szalony bażant Gonzo, bohater „Miłosnego Pendolino”, ugania się za śmiertelnie przerażonymi jego zalotami kurkami, czy poobserwować zwinne wydry, które uwielbiają ślizgać się na lodzie. „Łosie w kaczeńcach” są książką bardzo osobistą, która została napisana przystępnym językiem. Nie można nie docenić ogromnego poczucia humoru autorów, pozycja naszpikowana jest ciekawostkami, ale jej największym atutem są przepiękne zdjęcia. I w tym miejscu się przyczepię, bo kilkukrotnie  po dość długim opisie próby uchwycenia jakiegoś gatunku dostajemy zaledwie jedną fotografię na pół strony, a czytelnik chciałby więcej! Trochę rażą te białe plamy, bo zmarnowano tyle miejsce, które powinno zostać zapełnione fantastycznymi ujęciami.

Przyroda „inspiruje, zaskakuje, sprawia niespodzianki, zachwyca i dostarcza całego spektrum emocji”, a „Łosie w kaczeńcach” to książka, którą przeczytałam z ogromną przyjemnością. Ta pozycja nie tylko was zaciekawi i rozbawi, ale też sprawi, że zapragniecie wyruszyć na fotograficzne łowy, ale zanim udacie się na polowanie z aparatem, warto wziąć sobie do serca przestrogę autorów:  czasami trzeba odpuścić sobie „fotograficzne wścibstwo. Może się bowiem zdarzyć tak, że z braku wiedzy przyczynimy się do ptasiej tragedii”, a nawet „najlepsze zdjęcie nie jest warte tego, żeby zaszkodzić fotografowanym przez nas zwierzakom”.

“Łosie w kaczeńcach” oraz inne książki przyrodnicze znajdziecie w księgarni internetowej selkar.pl

Autorka recenzji: Ewa Ciężkowska – Rumin