Karin Slaughter

Recenzja książki “Milcząca żona” Karin Slaughter

Karin Slaughter to jedna z moich ulubionych autorek kryminałów i thrillerów. Jej książki sprzedały się do tej pory w imponującej liczbie trzydziestu pięciu milionów egzemplarzy, przetłumaczono je na prawie czterdzieści języków! Karin Slaughter stworzyła dwie świetne serie kryminalne, ale to właśnie ta z Willem Trentem przyniosła jej ogromną popularność i uznanie czytelników na całym świecie. Od polskiej premiery pierwszej części – „Tryptyku” – minęło jedenaście lat i w księgarniach pojawił się właśnie jedenasty tom serii: „Milcząca żona”. Tym razem Will Trent i Faith Mitchell będą musieli rozwiązać zagadkę tajemniczych zgonów kobiet na terenie sennego Grant County, gdzie co prawda zdarzają się „przedawkowania, śmiertelne wypadki drogowe, parę wypadków z udziałem traktorów”, ale morderstwa należą do rzadkości.

W więzieniu stanowym dochodzi do zamieszek, a w stołówce ginie jeden z osadzonych. Sprawcy bestialsko okaleczyli swoją ofiarę. Na miejsce zostają wysłani agenci GBI – od lat walczący z demonami przeszłości Will Trent i przebojowa Faith Mitchell, wykończona łączeniem pracy z opieką nad małą córeczką. Rozwiązanie sprawy wydaje się kwestią czasu, bo wszyscy podejrzani znajdują się już za kratkami i wystarczy tylko wytypować winnego, ale do agentów zgłasza się jeden ze skazańców i  proponuje im układ:  wskaże odpowiedzialnych za śmierć Vasqueza i w zmian domaga się tylko jednego – wznowienia śledztwa w jego sprawie.

Cztery lata przyszło nam czekać na kolejne spotkanie z Willem Trentem. Jego relacje z Sarą Linton coraz bardziej się komplikują, bo „jak mówi stare porzekadło, dokądkolwiek pójdziesz, twoje problemy podążą za tobą”.  A problemów Trent ma co niemiara. Z jednej strony więzień, który twierdzi, że został wrobiony przez policję, a konkretnie przez nieżyjącego męża Sary – Jeffreya Tollivera. Z drugiej strony nieuchwytny zabójca, który atakuje kobiety „w różnym wieku, reprezentujące różne zawody i różne typy urody”, ale wszystkie zostały „znalezione martwe, bez widocznych przyczyn śmierci, w różnych miejscach stanu, gdzie są tysiące otwartych spraw zaginionych kobiet, w kraju, gdzie rocznie ginie około trzystu tysięcy kobiet i dziewcząt”. Jak złapać kogoś takiego? Kogoś, komu przez długie lata wywodził w pole organy ścigania? Akcja pędzi z zawrotną prędkością, a Karin Slaughter nie oszczędza swoich czytelników. Opisy dokonanych zbrodni są naprawdę wstrząsające i nawet największego twardziela wyprowadzą z równowagi, bo o ile w zaledwie „szesnastu procentach seryjnych zabójstw dochodzi do jakieś formy okaleczenia. Profanacja zwłok dotyczy niecałych dziesięciu procent przypadków. Nekrofilia i kanibalizm mniej niż pięciu. Trzy procent dotyczy układania ciała dla wywołania szoku”, to czyny sprawcy tropionego przez Willa i Faith są wyjątkowo bestialskie. „Milcząca żona” rozgrywa się w dwóch planach czasowych – teraz i dziesięć lat wcześniej, kiedy znaleziono pierwszą ofiarę. Przy okazji pasjonującego dochodzenia Karin Slaughter zwraca uwagę czytelników na problem błędów popełnianych przez ograny ścigania, bo „najbardziej niebezpiecznym policjantem w każdym śledztwie jest ten, który sądzi, że zawsze ma rację”, a przecież „nawet najdrobniejszy szczegół może oznaczać granicę między życiem a śmiercią”.

Z „Milczącą żoną” spędziłam trzy pełne emocji wieczory i z pełnym przekonaniem mogę stwierdzić, że to jedna z lepszych części serii z Willem Trentem. Książka trzymała mniej w napięciu od pierwszej do ostatniej strony i bardzo żałuję, że miała tylko pięćset stron, bo nie miałabym nic przeciwko temu, aby pobyć w towarzystwie nieustępliwych agentów GBI nieco dłużej.  Mam nadzieję, że Karin Slaugter już pracuje nad następnym kryminałem i jej fani – w tym ja! –  nie będą musieli długo czekać na kolejną powieść tej niesamowicie utalentowanej autorki.

Autorka recenzji: Ewa Ciężkowska-Rumin

“Milczącą Żonę” i inne książki Karin Slaughter znajdziecie w księgarni internetowej selkar.pl.