Karin Slaughter

Recenzja książki “Moje śliczne” Karin Slaughter

Karin Slaughter nie po raz pierwszy pozamiatała scenę. W tym wypadku udało jej się to dzięki genialnej opowieści o losach rodziny po przejściach, w której kłamstwa, przykre niespodzianki i trupy ścielą się gęsto. Autorka udowadnia, że w każdej kolejnej książce zamierza utrzymywać swój wysoki poziom. „Moje śliczne” to coś, co zdecydowanie warto przeczytać, zwłaszcza jeśli gustuje się w kryminałach i thrillerach. Znajdzie się tu dosłownie wszystko – od trudnych relacji rodzeństwa, poprzez problematyczne śledztwo, aż po zaginięcie i morderstwo (być może nie jedno). To nie lada gratka dla osób poszukujących wrażeń, a zwłaszcza tych, którzy podczas lektury lubią czuć, jak dreszcz przechodzi ich po plecach.

Powieść koncentruje się na dwóch głównych bohaterkach. Są to siostry: Claire i Lydia. Zdecydowanie bardziej przemawia do mnie postać tej drugiej. Lydia to ambitna kobieta, która dla swojej córki zrobiłaby naprawdę wiele. Może nawet zbyt dużo… Dlatego nie dziwne, że prawdziwym ciosem było dla niej odkrycie spakowanej walizki swojego dziecka dobre kilka miesięcy przed terminem wyprowadzki na studia. Podoba mi się cięty język tej bohaterki, jej podejście do różnych spraw i świadomość własnych ułomności.

Claire z kolei ma bardziej pod górkę w życiu. Najpierw została skazana za morderstwo. Później musiała zaprzyjaźnić się z opaską na nodze, która przypominała jej o tym, że nie należy do grona wolnych ludzi. Na koniec (choć jednocześnie początek książki) była świadkiem brutalnego zabójstwa jej męża podczas napadu. Prawdopodobnie to poświęcenie małżonka przesądziło o tym, że Claire wciąż żyje i ma się względnie dobrze, przynajmniej na ciele. Ponadto, odkrywa, że jej druga połówka, Paul, nie był mężczyzną idealnym. Możliwe, że dopuścił się naprawdę, naprawdę złych czynów. Świeżo upieczona wdowa wraz z siostrą zamierzają przyjrzeć się tej sprawie.

Przejażdżka po prozie Karin Slaughter przypomina jazdę bez trzymanki. Zaczyna się od zaginięcia młodej dziewczyny, które cieniem położyło się na jej rodzicach. Nawet oni tracą już nadzieję na jej odnalezienie i powoli godzą się z myślą, że ich pociecha prawdopodobnie nie żyje. Następnie dostajemy opis brutalnego napadu i śmierci mężczyzny, a to dopiero pierwszy rozdział! Uwielbiam w autorce to, że to nie morderstwo jest główną osią wydarzeń w jej książkach. Zamiast tego na pierwszy plan wysuwają się relacje międzyludzkie, psychika ofiar, świadków i sprawców. To wszystko razem mówi dużo więcej niż plama z krwi na koszuli czy nóż wystający z brzucha.

Historia została przedstawiona w świetnym stylu. Niepokój odpowiednio narasta, a poszczególne wątki rozwijają się miarowo, dosyć spokojnie, by później zaskoczyć nas w najmniej oczywistym momencie. Podoba mi się to, że autorka nie podaje nam od razu wszystkiego na tacy, ale daje nam pogłówkować i wczuć się klimat. Co, jak co, ale z „Moimi ślicznymi” bibliofil taki, jak ja, bawi się świetnie. Tej książki się nie czyta, ją się chłonie i to całym sobą. Tutaj każda strona jest warta uwagi. Nie trzeba czekać na finał, żeby czuć ekscytację, bo pojedyncze, drobne elementy same w sobie zachwycają do granic możliwości. Nie da się wskazać jej najlepszej strony ani znaleźć żadnego mankamentu. Tym bardziej cieszę się, że udało mi się trafić na taką perełkę.

Autorka recenzji: Klaudia Sowa

“Moje śliczne” i inne książki Karin Slaughter znajdziecie w księgarni internetowej selkar.pl.