Recenzja książki “Na krawędzi mroku” Jeffa Gilesa

„Na krawędzi mroku” stanowi kontynuację książki „Na krawędzi wszystkiego” Jeffa Gilesa. Pierwszy tom to wprowadzenie do wspólnej historii Zoe i Iksa. Młoda dziewczyna pewnego dnia po prostu go dostrzega. Widzi coś, czego nie powinna, to pewne. Iks, jak go sama nazwała, jest bowiem łowcą głów. W służbie mroku oddaje się specyficznemu zajęciu, jakim jest sprowadzanie złych ludzi do Niziny. To niebezpieczne i brutalne miejsce, w którym panują lordowie, stosując wyjątkowo twarde i krwawe zasady. Na ich zlecenie Iks wykonuje swoją przykrą profesję. Niespodziewane zetknięcie się jego i Zoe zmienia wszystko w życiu tej dwójki.

Przede wszystkim nikt z łowców nie może ujawniać się nikomu, poza ich ofiarami rzecz jasna. Z racji tego, że prawo to zostało złamane Zoe i jej rodzina są w niebezpieczeństwie. Iks postanawia bronić ukochanej za wszelką cenę, dlatego oddaje się w niewolę i cierpi męki w Nizinie. Mimo bólu i strachu, jaki targa tym miejscem, pojawia się dla niego iskierka nadziei, ponieważ powoli odkrywają się przed nim pewne tajemnice z przeszłości, które może wykorzystać, by uratować swoją przyszłość.

Jeff Giles stosuje bardzo przyjemny styl w opowiadaniu swojej historii. Starannie opisuje wszelkie lokacje, co niesamowicie oddziałuje na wyobraźnię. Jego świat jest dosłownie i w przenośni magiczny i chyba nikt nie będzie się z tym spierał. Nawet zwykła plaża zamienia się u niego w cudowną, intymną scenerię, gdzie wprost czuć miłość parującą z bohaterów.

Jeśli już o bohaterach mowa, to nasz główny tandem jest uosobieniem prawdziwych, pięknych i szlachetnych uczuć. Od pierwszych słów, jakie do siebie wypowiadają, bije tęsknota i oczekiwanie. Widać, że zaistniała sytuacja trapi ich oboje, nie chcą jednak tracić krótkiego wspólnego czasu, jaki został im dany, na ocieranie nawzajem swoich łez – na to przyjdzie pora w samotności. Teraz chcą się cieszyć chwilą. Naprawdę wiele książek o miłości już przeczytałam, ale ta konkretna to pod pewnymi względami arcydzieło. Niepotrzebne są tu wielkie słowa, ballady śpiewane pod oknem ukochanej, żadne bale maskowe i inne fajerwerki. Okazuje się, że o uczuciach najlepiej mówić prosto, bez pompy. Same w sobie są wystarczająco skomplikowane i trudne, nie potrzeba im więc dodatkowej zawiłej otoczki. Będę i muszę się tym zachwycać, bo ta para urzeka swoją szczerością.

Mimo, że fabuła ociera się o sporo fantastyki, jest posępnie i boleśnie, to i tak na pierwszym miejscu, od początku do końca, znajduje się relacja Zoe i Iksa. Jednak atmosfera robi swoją robotę, dodaje potrzebnej dramaturgii ich związkowi. Wymusza pewne tempo akcji. Nasi bohaterowie nie mają przed sobą lat na poznawanie się i odkrywanie swoich światów. Muszą działać szybciej, chcą wypracować sobie szczęśliwe zakończenie. Jednocześnie każda chwila może okazać się dla nich ostatnią, jeśli coś pójdzie nie tak. Dlatego nie spotkamy się w książce z przedłużającymi się scenami, żmudnymi opisami i kwiecistymi dialogami. Tu liczy się tempo, miłość, żar.

„Na krawędzi mroku” zahacza o sporo gatunków, dlatego myślę, że nada się dla sporego grona czytelników, jako lektura. Czyta się ją bardzo szybko i do tego z wielką przyjemnością. Przede wszystkim jest to elektryzujący, mroczny (to chyba słowo klucz), i niesamowicie wciągający romans.

Autorka recenzji: Klaudia Sowa

“Na krawędzi mroku” i inne książki młodzieżowe fantasy znajdziecie w selkar.pl.