Literatura młodzieżowa

Recenzja książki “Nadpłomień. Zaginione miasta” Shannon Messenger

Wydawałoby się, że literatura młodzieżowa przeżywa lekki kryzys. Coraz rzadziej widuje się na półkach sklepowych nowe serie, zwłaszcza jeśli mowa o fantastyce. Można by sobie zadawać pytanie, czemu tak się dzieje. W końcu jaki inny gatunek daje pisarzowi tak szerokie pole do popisu jego i jego wyobraźni? A jednak zasoby powoli topnieją. Flanagan i Riordan nie mogą dźwigać na swoich barkach całego przedsięwzięcia sami. Dlatego z odsieczą w ostatniej chwili przybywa im Shannon Messenger i rozbudza w nas tę uśpioną przez dorosłość iskrę ekscytacji.

„Nadpłomień” to już trzeci tom z cyklu „Zaginione miasta”. A zdaje się, że jeszcze sporo przed nami. Książki tej autorki czekają na tłumaczenie i tak naprawdę ich los jest teraz w rękach czytelników. Messenger ma na swoim koncie wyrywające się do druku w kolejnych krajach pięć i pół (bo z historią alternatywną) książki o przygodach Sophie, a zatem warto pokazać swoje uznanie dla prozy autorki i zmotywować wydawnictwo IUVI do jeszcze szybszego publikowania następnych części. Ale też nie aż tak prędkiego, żebyśmy zdążyli się nacieszyć już dostępnymi trzema powieściami.

Chociaż na wstępie zaznaczyłam, że cały ten ambaras dotyczy książki dla młodzieży, to nie znaczy, że starsi odbiorcy nie mają tu czego szukać. Wręcz przeciwnie, to świetne rozwiązanie dla osób, które są zmęczone przesytem brutalności, amoralnych zachowań i panoszącego się zła, jakie tak często dominują w „dorosłej” fantastyce. A tymczasem mamy tu wszystko, czego nam potrzeba, a co jednocześnie pozwala nam nie łapać doła w trakcie czytania. Świat wykreowany przez autorkę jest niebanalny, świeży, niezbadany. Można w nim z radością utonąć na długie godziny.

Główna bohaterka, Sophie, rzeczywiście ma coś w sobie z Harry’ego Pottera, jak sugeruje napis na tylnej okładce. Nie jest ona bowiem pępkiem tego przysłowiowego wszechświata. Nie stanowi najważniejszego elementu powieści, bo to raczej wszystkie detale wokół niej tworzą tę magiczną aurę, dla której sięgamy po tę lekturę. Wspaniali drugoplanowi bohaterowie, złożoność polityki, nieustające wyzwania oraz walka z czasem – to zarówno napędza wyobraźnie, jak i rozbudza ciekawość, a przede wszystkim raduje serce. Po kolejnym tomie czuję się wręcz uskrzydlona i chcę więcej. Chociaż znamy już niejedną paczkę przyjaciół ratujących świat, ta niczym im nie urąga. Kibicowanie im to obowiązek, ale też wielka przyjemność.

Sophie ma w sobie gen buntownika. Trudno jej czasem panować nad emocjami, działać rozważnie i metodycznie. Kieruje się emocjami, co może sprowadzić na nią kłopoty. Z jednej strony dziewczyna chce zgasić bunt, nim ten w zasadzie w pełni się rozpocznie, ale łamiąc zasady napytuje sobie biedy. Czy uda jej się poskromić swoją niepokorną naturę? A może jest ktoś, kto będzie w stanie jej pomóc? Otoczona swoimi towarzyszami, coraz potężniejsza, lecz wciąż za słaba by sprostać swoim wyzwaniom, musi szukać sojuszników.

Dobrze byłoby zacząć serię od początku, czyli od „Strażniczki”. Da się połapać w fabule, ale nieznajomość tego, co zdarzyło się do tej pory, odbiera nieco radości. Bez tego nie czuć odpowiedniego napięcia. Zwłaszcza, że warto wiedzieć, jak się to wszystko zaczęło i gwarantuje, że nikt nie będzie rozczarowany. Wreszcie dostaliśmy piękne fantasy, które oferuje nam mnóstwo wrażeń i zadowolenia.

Autorka recenzji: Klaudia Sowa