książki obyczajowe

Recenzja książki „Nasza melodia” Anny Dąbrowskiej

Już teraz wiem, że dni są tylko po to
By do Ciebie wracać każdą nocą złotą
Nie znam słów co mają jakiś większy sens
Jeśli tylko jedno, jedno tylko wiem
Być tam, zawsze tam, gdzie Ty

Tak, to właśnie jest „Ta melodia”, o której mowa w tytule książki Anny Dąbrowskiej. To podczas grania tego utworu autorstwa Lady Pank się poznali. Byli zaledwie dziećmi, a Daniel już potrafił perfekcyjnie wygrać na pianinie piosenkę „Zawsze tam, gdzie ty”, a Rita słuchała go poruszona do głębi zza płotu. Problem polegał na tym, że chłopiec nie chciał być obserwowany. Miał dość ciągłych kłótni rodziców, dość porażek i walki z kolejnymi kłodami rzucanymi mu pod nogi przez uparty los. Marzył, żeby zostać sam ze swoją muzyką. Dlatego też ich początki nie były łatwe. Daniel przez lata odpychał od siebie Ritę. Unikał jej jak ognia, wyszydzał przy znajomych, w ogóle nie chciał mieć z nią do czynienia. Ona zaś skrycie go kochała i z tego powodu… postanowiła go prześladować.

Tę recenzję piszę z małym przymrużeniem oka. Bawi mnie bowiem fakt ciągłego powracania do wątku młodzieńczej miłości przez całą powieść. Rita ma ewidentnie za złe Danny’emu, że kiedyś nie odwzajemniał jej uczuć, jednak przy każdej możliwej okazji, wiesza się na nim jak bombka na choince. A następnie odpycha go i oznajmia, że nigdy nic się między nimi nie wydarzy. Ot, kobieca logika. Egzaltowany rudzielec przez ponad dwieście stron nie może wyraźnie przetrawić odrzucenia, mimo że jej stalkerskie zachowanie raczej trudno byłoby zakwalifikować jako udany flirt. W dorosłym życiu Rita wciąż irytuje, traktując dawnego sąsiada w dosyć chamski i wulgarny sposób, lecz gdy on nie pozostaje jej dłużny i się odcina, ta wpada w istny szał i albo płacze, albo wychodzi w popłochu.

Daniel, główny bohater tego dramatu (choć formalnie romansu), jest najjaśniejszym punktem „Naszej melodii”. Ciekawy był szczególnie wątek poświęcony jego nerwowym tikom oraz problemom z opanowaniem się, jednak skończył się dość szybko, nad czym ubolewam. Raczej nie wierzę też w uczucie, jakie nagle wzbudziła w nim Rita. Ich relacja rozwijała się bardziej dlatego, że autorka tak chciała, a nie ze względu na jakieś faktyczne wydarzenia.

Książka jest czwartą częścią cyklu „Płomienie”. Sięgając po nią, nie miałam pojęcia, że pominęłam trzy wcześniejsze tomy. Dotarło to do mnie pod koniec historii, kiedy losy pozostałych muzyków z zespołu Danny’ego dostają swoje krótkie podsumowanie. Nie przeszkodziło mi to jednak w lekturze czy też zrozumieniu poszczególnych wątków. Pod tym kątem treść jest na tyle klarowna, że można spokojnie potraktować ostatnią część jako odrębny byt i czytać bez uprzedniego zaznajamiania się z perypetiami innych członków kapeli.

„Naszą melodię” cechuje prosta fabuła, idealna do łyknięcia w jedno popołudnie. Sam wątek romantyczny jest mało wiarygodny, ale rzadko męska perspektywa jest przedstawiana w literaturze tego typu w tak udany sposób. Tutaj facet nie jest jednym wielkim chodzącym stereotypem. To chłopak z sąsiedztwa, który popełnia błędy, żartuje z siebie i ma więcej niż dwie cechy na krzyż. Szkoda tylko, że w jego opowieści musiała zagościć irytująca Rita, ale nawet ją da się przełknąć dla fantastycznego Daniela.

Książę „Nasza melodia” oraz inne książki obyczajowe znajdziecie w księgarni internetowej selkar.pl

Autorka recenzji: Klaudia Sowa