thriller

Recenzja książki „Ostatni dom na zapomnianej ulicy” Catriony Ward

„Zgaśniemy jak płomień świecy, pozostawiając po sobie tylko spokojną ciemność. Właściwie trochę się na to cieszę. Powstałam z cierpienia, do niego i z niego stworzona. Moim jedynym przeznaczeniem jest umrzeć”. „Ostatni dom na zapomnianej ulicy” Catriony Ward to książka inna od wszystkich – przedziwna, zawikłana i sprawiająca, że czytelnik przeciera oczy ze zdumienia i raz po raz zadaje sobie pytanie: „o czym ja właściwie czytam?!”. Nie pamiętam już, kiedy byłam równie zdezorientowana podczas lektury jakieś powieści, ale chyba przy okazji „Siedmiu śmierci Evelyn Hardcastle” Stuarta Turtona. Przez kilkadziesiąt stron w ogóle nie mogłam się połapać, o co w tym wszystkim chodzi. W akcie desperacji rzuciłam okiem na okładkowy opis, ale i on jest wyjątkowo enigmatyczny, więc w żaden sposób nie naprowadził mnie na właściwe tory. Czy faktycznie „każdy z nas nosi w sobie potwora”, a „wszystko, co nas spotyka w życiu, to trening przed stratą”?

Ted Bannerman ma za sobą trudne dzieciństwo, a teraz jako dorosły już człowiek mieszka samotnie w domu z zabitymi oknami, który stoi na skraju lasu. Mężczyzna jest prawdziwym odludkiem, a jego  towarzyszką niedoli jest niewychodząca kotka Olivia. Jedynie od czasu do czasu Teda odwiedza jego ukochana córeczka Lauren, która nie jest łatwym dzieckiem, rozbija się po domu różowym rowerkiem i regularnie przysparza ojcu zgryzot. Przed laty na Teda padł cień podejrzenia w związku z do tej pory niewyjaśnionym zginięciem małej dziewczynki. Kilkuletnia Lulu wypoczywała na plaży wraz z rodzicami i starszą siostrą Dee Dee. Chwila nieuwagi sprawiła, że opiekunowie na moment stracili pociechę z oczu i,  mimo szeroko zakrojonej akcji poszukiwawczej, dziecka nie udało się odnaleźć. Jedynym śladem po zaginionej Lulu jest biały klapek, który pewna rodzina z Connecticut znalazła w swoich rzeczach. Jak się tam znalazł? Co się stało z dziewczynką i czy Ted Bannerman miał coś wspólnego z jej zniknięciem?

„Ostatni dom na zapomnianej ulicy” liczy prawie czterysta stron, z czego przez ponad trzysta byłam kompletnie zdezorientowana, ale pod koniec, kiedy już powoli zaczęłam tracić nadzieję, że wszystko się wyjaśni, wreszcie zobaczyłam światełko w tunelu. Trudno napisać coś więcej o fabule „Ostatniego domu na zapomnianej ulicy”, by przy okazji nie zdradzić zbyt wiele i nie odebrać innym przyjemności zmierzenia się z historią Teda. A od razu uprzedzam, że będzie to nierówna walka, bo akcję śledzimy nie tylko z perspektywy Bannermana i Dee Dee – siostry zaginionej dziewczynki, którą napędza chęć wymierzenia sprawiedliwości za to, co spotkało jej siostrę, ale też sprytnej kotki, która wszystko widzi, wszystko słyszy i skrywa wiele mrocznych sekretów. Rozdziały, których narratorką była Olivia, sprawiły, że cała opowieść wydała mi się jeszcze bardziej surrealistyczna. „Ostatni dom na zapomnianej ulicy” na przemian irytuje i fascynuje – momentami miałam ochotę odłożyć książkę na półkę, a równocześnie bardzo chciałam poznać zakończenie tej osobliwej historii.

Powieść Catriony Ward z miejsca trafia na listę najdziwniejszych, najbardziej pokręconych powieści, jakie do tej pory przeczytałam. Na pewno „Ostatni dom na zapomnianej ulicy” znajdzie tak samo wielu zwolenników, co przeciwników, a jeżeli potraktować książkę polecaną przez samego Stephena King jako pewnego rodzaju literacki eksperyment, to może nie udał się on w stu procentach, ale za to budzi autentyczne emocje i chociażby z tego powodu zasługuje na uwagę.

“Ostatni dom na zapomnianej ulicy” oraz inne książki thrillery znajdziecie w księgarni internetowej selkar.pl

Autorka recenzji: Ewa Ciężkowska – Rumin