Książka Pułapka nadopiekuńczości

Recenzja książki „Pułapka nadopiekuńczości”

W ostatnich latach w społeczeństwie można zaobserwować znaczny wzrost zainteresowania psychologią. Obecnie jest to jeden z trzech najczęściej wybieranych kierunków studiów w naszym kraju. Coraz popularniejsze stają się także kanały na YouTube poświęcone tej tematyce, czy wydawane już masowo seriale i filmy, skupiające się głównie na psychice bohaterów. Krótko mówiąc, świat zafascynował się działaniem ludzkiego mózgu, analizą wpływu zewnętrznych bodźców na późniejsze funkcjonowanie człowieka i tym, jak pokręcony nieraz potrafi być nasz tok myślowy. Stąd też dla nikogo nie będzie zaskoczeniem, jeśli napiszę, że na to, kim jesteśmy w dorosłym życiu, ogromny wpływ ma nasze dzieciństwo, czyli to, kto, gdzie i jak nas wychował. Temu właśnie poświęcona jest książka „Pułapka nadopiekuńczości”, której autorką jest Julie Lythcott-Haims.

Model rodzica idealnego nie istnieje, z tym się raczej wszyscy zgadzamy. Nie znaczy to jednak, że nie powinniśmy dążyć do perfekcji, dlatego warto przyjrzeć się kwestii wychowania z kilku perspektyw: rodzica, dziecka oraz społeczeństwa. Pomaga nam w tym Lythcott-Haims, przywołując najróżniejsze anegdoty, w których wskazuje, do jakich nieprzyjemnych dla podopiecznego następstw może prowadzić zbytnia ingerencja w jego decyzje. Opowiada między innymi tak: „Przez lata pracy jako dziekan wysłuchałam wielu historii od studentów, którzy wierzyli, że muszą ‘studiować przedmioty ścisłe (albo medycynę, inżynierię)’ i grać na fortepianie, pracować jako wolontariusz w Afryce i tak dalej. Rozmawiałam z dzieciakami całkowicie niezainteresowanymi aktywnościami wymienionymi w ich życiorysie. Niektórzy z nich nawet nie dopuszczali do siebie tego, że mogą mieć prawo do odczuwania niepokoju związanego z brakiem zainteresowania tym, czym się zajmowali, i tylko stwierdzali, że rodzice wiedzą, co jest dla nich najlepsze”.

Myślę, że książkę łatwiej jest czytać z perspektywy dziecka niż rodzica. Komuś, kto już zaznał, czym jest macierzyństwo bądź ojcostwo, może być trudno otworzyć się na oczywisty przekaz treści, którym jest proste, banalne wręcz: „daj swoim pociechom o sobie decydować”. W końcu ograniczenia, jakie narzucamy, zasady, jakie wprowadzamy, rytuały, jakie staramy się dzieciom zaszczepić, wynikają z naszej troski i miłości do nich… Czasem też z naszych niezaspokojonych ambicji lub przekonania, że tak należy czynić, jednak nie możemy zapomnieć, że w tym wszystkim najważniejszy jest ten mały człowieczek, który ostatecznie sam musi przeżyć swoje życie i najlepiej, żeby zrobił to po swojemu.

Na ile poradnik sprawdzi się na polskim gruncie, nie jestem w stanie określić. Amerykańska rzeczywistość jest skrajnie inna od naszej. My nie musimy zdobywać miliona punktów aktywności, żeby dostać się na studia, nie żyjemy w społeczeństwie, w którym jest aż tak wielkie nastawienie na realizację i szybki rozwój kariery. Mimo wszystko, ostatnie lata pokazały, że od najmłodszych wymaga się coraz więcej. Już w przedszkolach, a nawet w żłobkach prowadzi się zajęcia z języka obcego, czy pierwszej pomocy. Z jednej strony chcemy, by nasze dzieci rozwijały się i odnosiły sukcesy, lecz w tym wszystkim nie powinniśmy zapominać, że kiedy narzucimy im swoją wolę w każdym aspekcie życia, zaburzymy ich tożsamość, o czym na każdym kroku przypomina nam Julie Lythcott-Haims. Myślę, że warto poczytać, co ma ona do powiedzenia na ten temat, ale na spokojnie! Bez wyparcia, bez „ja tam wiem lepiej” i z jak najszerzej otwartym umysłem.

Pułapkę nadopiekuńczości” i inne poradniki znajdziesz w księgarni internetowej selkar.pl

Autorka recenzji:  Klaudia Sowa.