Recenzja książki “Światło w jej oczach” Karoliny Wilczyńskiej

Klara to artystyczna dusza, wzięta malarka o bardzo dużej wrażliwości i – co ważne – nie radząca sobie za dobrze z krytyką. Zawsze znajdowała wsparcie u rodziców, rówieśników a nawet krytyków sztuki. Aż wreszcie pojawił się on. Tajemniczy nieznajomy o zielonych oczach, który zachwiał jej światem. I nie, nie będzie to kolejny romans. Zasiewający wątpliwości Anonim już się nie pojawi. Ale jego słowa pozostaną w sercu Klary na zawsze.

Malarka próbuję udowodnić zielonookiemu mężczyźnie, a przede wszystkim sobie, że potrafi przedstawić prawdę w swoich dziełach. Jej prace to nie tylko precyzyjna kreska i wymieszane farby, to też głębia, emocje, zwierciadła duszy. Kobieta podejmuje więc drastyczne kroki. Wyprowadza się z domu rodziców, uczy się samodzielności i rozpoczyna tworzenie nowego projektu. Los zsyła jej pod nogi pierwszą modelkę – Łucję. Ich światy dzieli przepaść, którą dzień po dniu zasypują wspólnymi rozmowami. I choć chciałabym powiedzieć, że to zmienia życie ich obu, muszę z przykrością stwierdzić, że ta relacja do niczego nie zmierza. Tak naprawdę książka mogłaby skończyć się w dowolnym momencie i niczego by to nie zmieniło. Historia, owszem, jest całkiem ładna, jednak brakuje jej jakiejś puenty. Ani Klara nie kończy swojego projektu i zostawia się nas z zaledwie jednym jej obrazem, którego opisu nie dostajemy, ani też Łucja nie poprawia swojej sytuacji i zostaje ze swoimi problemami. Jedyny progres to to, że Klara nauczyła się (prawdopodobnie) robić ogórki małosolne.

Główną bohaterkę poznajemy z tej mniej dobrej strony. Wiemy o niej tyle, że po trzydziestce dalej mieszka z rodzicami, nie ma pracy i jej nie szuka. Wyprowadziła się z rezydencji tylko dlatego, że na jej psychikę tak mocno wpłynęła krytyka jej obrazu. I to przez obcą, nic nie znaczącą w świecie sztuki osobę. Oczywiście kobieta żyje dalej z pieniędzy ojca, a zamiast pracować większość dni spędza na piciu kawy i rozmowie z gołębiem. Takie postaci trudno odebrać pozytywnie, bo od razu przyczepia się do nich ta łatka nieroba. A trudno specjalnie szanować osobę bez ambicji. Można by polemizować, czy aby Klara na pewno takowej nie posiada, bo w końcu rozplanowała nowy projekt i chce coś udowodnić światu, ale jednak potrafiła obrazić się na swoją modelkę za to, że ta miała lepsze stosunki ze swoją matką. Profesjonalizmem od niej nie bije, krótko mówiąc.

Z kolei ciekawą postacią była Łucja, prawdziwa bohaterka powieści i obrazu Klary. Kobieta na co dzień boryka się z opieką nad chorą psychicznie mamą, jednocześnie starając się zbytnio nie obciążać obowiązkami męża i córek. Pracuje, ma wspierających przyjaciół, dba o rodzinę. W zasadzie jest zupełnym przeciwieństwem malarki, lecz znają się zbyt krótko, by zdążyła wpłynąć na artystkę.

Koniec końców przyznaję, że historia Łucji jest poruszająca, nie sposób jej nie współczuć i nie podziwiać. Aż chciałoby się, żeby szczęśliwy los sprawił, że jej życie ulegnie znacznej poprawie. Niestety tak się nie dzieje. Książce brakuje zakończenia, została urwana w dziwnym momencie i tak naprawdę zostawia z poczuciem, że nic szczególnego nie zdążyło się wydarzyć. Już choćby sama Klara mogła urządzić wystawę albo z niej zrezygnować, byleby coś się zadziało. A tymczasem zostawiono czytelnika z niczym.

Autorka recenzji: Klaudia Sowa

“Światło w jej oczach” i inne książki dla kobiet znajdziecie w księgarni internetowej selkar.pl.