Książka Igora Brejdyganta

Recenzja książki “Szadź” Igora Brejdyganta

Sięgając po „Szadź” spodziewałam się raczej ciężkiej lektury. Od razu nastawiłam się na drastyczne opisy, dramatyczną aurę i grono grubiańskich postaci. Rzeczywistość mnie jednak mocno zaskoczyła. Tę książkę czyta się zupełnie przyjemnie. Mamy bohaterów, którym można kibicować – przede wszystkim zalicza się do nich komisarz Agnieszka Polkowska – ale też ci z natury „źli”, przedstawieni w mniej chwalebny sposób, skupiają na sobie naszą uwagę. Są wyraziści, dobrze napisani, po prostu „jacyś”. Także jeśli ktoś wahał się, czy sięgnąć po tę pozycję, obawiając się przytłaczającego, ciężkiego klimatu, może odetchnąć i śmiało brać się za czytanie.

Oczywiście nie znaczy to, że mamy do czynienia z jakąś idyllą. Mamy trupa i to takiego rozkrojonego, w dodatku pozostawionego w środku lasu bez żadnych śladów dookoła. Choć sprawa na już na pierwszy rzut oka wydaje się podejrzana, zespół śledczy nie ma ochoty na drążenie kolejnych wątków. Większość policjantów chciałaby tylko wrócić do domu, zamknąć śledztwo w przeciągu czterdziestu ośmiu godzin, zapalić papierosa i odebrać wynagrodzenie. Plany krzyżuje im nie kto inny jak wcześniej wspomniana Agnieszka Polkowska. W przeciwieństwie do swoich kolegów po fachu rzetelnie podchodzi do swoich obowiązków. Nierozwiązane sprawy ją męczą, a sylwetki nieschwytanych morderców prześladują latami.

Także chcąc, nie chcąc, ekipa policyjna kontynuuje szeroko zakrojone śledztwo. Poszlak jest niewiele: ciało denatki i staruszka, która znalazła zwłoki. Reszta tropów się urywa. Jednak poza samym śledztwem mamy wiele innych wątków, przypisanych pozostałym postaciom. Jedną z nich jest Ewa, studentka teologii, która próbuje rozwijać się duchowo, odnaleźć swoją wiarę. Zgłębiając doktrynę kościoła rzymskokatolickiego, jednocześnie uczęszcza na spotkania zboru, gdyż wychowała się wśród świadków Jehowy.

Jest też Sławomir, istota próżna, niekochająca nikogo poza sobą, nadmiernie dbająca o wygląd. Wcześniej występował pod imieniem Mirosław, parał się zajęciami, które miały ustawić go na przyszłość i cóż… udało się. Jego postać stonowanego psychopaty przewija się co kilka rozdziałów i ewidentnie widać, że facet coś planuje…

Rozdziały mają zwykle po trzy albo cztery strony. Co chwilę zmieniamy perspektywę, podążamy za innym bohaterem. Ich losy przecinają się w różnych momentach, mniejszym lub większym stopniu. Wiele wniosków wyciągamy sami, już w początkowej fazie. Fabuła może nie jest zaskakująca, nic nas raczej specjalnie nie zaszokuje, ale mimo to wciąga potwornie. Pojedyncze wątki są same w sobie ciekawe, motywy zachowania postaci raczej jasne i niebudzące wątpliwości.

Sposób relacjonowania zdarzeń wpasowuje się idealnie w schemat serialu, nie dziwota więc, że takowy powstał. Z początku ta mnogość coraz to nowszych osób może przytłaczać. Sama osobiście nie lubię, kiedy na dzień dobry serwuje mi się skrawki informacji o kolejnych bohaterach. Jeszcze nie oswoiłam się z pierwszym, a tu już lecą kolejne, jak wystrzeliwane z karabinu. I połap się człowieku w tej plątaninie imion, zawodów, charakterów. Tu na szczęście każdy jest na tyle wyrazisty, że nie ma z tym problemu. Ze względu na podział na tak krótkie fragmenty, to idealna książka na podróż albo zabieganych osób z masą obowiązków.

Spodziewałam się zupełnie czegoś innego, a zostałam pozytywnie zaskoczona. Wydaje mi się, że tajemnica tkwi w świetnym, swobodnym stylu autora, dlatego serdecznie polecam wszystkim się z „Szadzią” zapoznać.

Autorka recenzji: Klaudia Sowa

“Szadź” i inne książki Igora Brejdyganta znajdziecie w naszej księgarni.