Recenzja książki “Tangerynka” Christine Mangan

Majówka za pasem. Wakacje zbliżają się wielkimi krokami. Za oknami coraz ładniejsza pogoda, która zachęca do planowania bliższych i dalszych podróży. W tym roku przyjdzie nam jednak upchnąć walizki na dno szafy, rzucić w kąt olejki do opalania i zostać w domu, marząc jedynie o egzotycznych wojażach. Właśnie dlatego wyjątkowo pożądane w najbliższych miesiącach będą powieści, które pozwolą nam na chwilę zapomnieć o szarej rzeczywistości i przenieść się w piękne zakątki świata bez potrzeby ruszania się z kanapy. Taką książką jest „Tangerynka” Christine Mangan.

Jeżeli mieliście przyjemność odwiedzić słoneczne Maroko, podziwiać cuda mauretańskiej architektury, przespacerować się po wąskich uliczkach tamtejszych miast, które dniem i nocą tętnią życiem, odurzają feerią barw i zapachów, lektura „Tangerynki” przywoła wszystkie wakacyjne wspomnienia. Tanger. Rok 1956. Alice, młoda mężatka, opuszcza Londyn, by rozpocząć nowe życie w Afryce. Z trudem odnajduje się w nowej sytuacji, miasto ją przytłacza, pogoda wykańcza psychicznie i fizycznie, a ludzie przerażają. Kiedy wydaje się, że gorzej być już nie może, niespodziewanie przed drzwiami jej mieszkania staje Lucy – przyjaciółka z college’u, której nie widziała od przeszło roku. W jakich okolicznościach kobiety się rozstały? Co się wydarzyło na terenie kampusu ekskluzywnej szkoły dla panien? I dlaczego Alice tak bardzo wystraszył przyjazd osoby, z którą spędzała kiedyś każdą wolną chwilę?

Pierwsze, co się rzuca w oczy, kiedy bierze się do ręki „Tangerynkę”, to przepiękna okładka autorstwa Agnieszki Wrzosek – w przyciągającym wzrok kolorze kurkumy i z grafiką nawiązującą do marokańskiej mozaiki. Ogromne wyrazy uznania, po prostu nie sposób przejść obok niej obojętnie. Książka zaczyna się stwierdzenia, że „trzeba trzech osób, by wyciągnąć ciało z wody”. Po przeczytaniu rozpoczynającego powieść zdania nastawiłam się na thriller, a dostałam coś zupełnie innego. I było to szalenie pozytywne zaskoczenie. „Tangerynka” to opowieść o dwóch kobietach, które chyba nie mogłyby się bardziej od siebie różnić. Pochodząca z dobrego domu Alice „kojarzyła się z powietrzem i lekkością, jakby została stworzona, by po prostu żyć, a nie czytać o życiu innych ludzi”. Na tle przebojowej, niepokornej Lucy wydaje się krucha i bezbarwna. Aż trudno uwierzyć, że tak odmienne charaktery potrafiły znaleźć wspólny język. Obie kobiety skrywają mroczne sekrety. Autorka bardzo powoli odkrywa karty, podsuwając czytelnikowi zaledwie strzępy informacji. Do końca nie wiemy, kto mówi prawdę, a kto kłamię, kto manipuluje, a kto jest manipulowany. Wszystko to sprawia, że „Tangerynkę” czyta się z rosnącym zainteresowaniem. Chcemy poznać tajemnice z przeszłości, ale równie ciekawe są wydarzenia rozgrywające się na naszych oczach. Oprócz Lucy i Alice książka ma jeszcze jednego bohatera, na którego warto zwrócić uwagę. To Tanger – „ miasto zmian, które musiało się stale dostosowywać do nowych okoliczności, żeby przetrwać. Jechało się tam też po to, aby samemu przejść przemianę”. Autorka określa go mianem miasta duchów, „ale nie takim wymarłym, pustym i ogołoconym, lecz tętniącym życiem. Ożywiała je pamięć o wspaniałych postaciach, które niegdyś przechadzały się po jego uliczkach, popijały tu herbatę, rozmyślały i szukały inspiracji. To miasto było zarówno grobowcem, jak i świadectwem uwieczniających tych, którzy się tu kiedyś zjawili”.

Dzięki „Tangerynce” przespacerowałam się uliczkami Tangeru, poczułam na policzkach marokańskie słonce i poznałam historie dwóch niezwykłych kobiet, ale książka Christine Mangan to też opowieść o tym, że  „wszystko się wcześniej czy później zmienia. Czas płynie, niczym nie ograniczony – choćbyśmy nie wiem jak się starali go zatrzymać, zmienić jego bieg lub na nowo zapisać minione zdarzenia. Nie istnieje po prostu żaden sposób, żeby go poskromić, nie ma na to szans”.

Autorka recenzji: Ewa Ciężkowska-Rumin

“Tangerynkę”  znajdziecie w księgarni online selkar.pl.