To, co bliskie sercu

Recenzja książki „To, co bliskie sercu”

Nikt nie zaprzeczy, że książek na świecie jest dużo. I to Dużo przez wielkie „D”. Setki księgarń oraz bibliotek, a w nich tysiące regałów, miliony półek, a to wszystko zawalone ciężkimi woluminami, opasłymi encyklopediami, powieściami w miękkich czy też twardych okładkach, które próbują w jakikolwiek sposób wyróżnić się na tle innych. Nikogo więc nie powinien dziwić fakt, że do tej pory większość chwytliwych tytułów została już przydzielona, więc dzisiejszy twórcy muszą się nieźle nagimnastykować, żeby nadać swojemu dziełu miano jeszcze niezastrzeżone dla innej pozycji. Przez to na rynku czytelniczym spotkamy sporo lektur opatrzonych dość miałkim tytułem, który nie przyciąga uwagi i nie zachęca do sięgnięcia po dany tom. Chwytając za książkę Katherine Center od razu pomyślałam, że autorka natrafiła na tego typu problem, że inne fajne hasła na okładkę, które bardziej pasowałyby do treści nowej historii, jaką stworzyła, były już zajęte. Ku mojemu zaskoczeniu, okazało się, że winę za ten szalony wybryk ponosi jednak polskie tłumaczenie.

Jakby tego było mało, również zewnętrzna warstwa „Tego, co bliskie sercu” została zmieniona i teraz, zamiast całkiem estetycznej okładki, obfitej w symbolikę, dostaliśmy obrazek przywodzący od razu na myśl opowieść o miłości nastolatków. Po skończeniu powieści przyjrzałam się jej ponownie i do mojej głowy natychmiast napłynęło pytanie – Kim, do licha, jest ta dziewczyna na oprawie?! Główna bohaterka, Cassie, nie dość, że makijażu nie nosi, a włosów nie rozpuszcza, to dodatkowo z pewnością nie nosi kolczyków i stroni od jakiegokolwiek kontaktu fizycznego z innymi ludźmi. Innymi słowy, pani przedstawiona na froncie jest zupełnym zaprzeczeniem kluczowej dla fabuły postaci. Skąd więc taki wybór, jeśli chodzi o okładkę? Można tylko zgadywać.

O wprowadzonych, moim zdaniem zupełnie niepotrzebnie, zmianach, piszę, ponieważ wydaje mi się, że sporo osób książkę Katherine Center pominie, nie dając jej szansy, a to ze względu na spolszczoną wersję, która swoim wyglądem obiecuje coś skrajnie innego, niż rzeczywiście znajduje się w treści „Tego, co bliskie sercu”, która opowiada o ambitnej strażaczce, walczącej zarówno z żywiołem, jak i demonami przeszłości. Która musi przetrwać spotkanie z byłym oprawcą. Która próbuje naprawić relacje rodzinne z matką. Która codziennie udowadnia współpracownikom, że nie jest od nich gorsza. Która musi walczyć ze stygmatyzacją w remizie tylko ze względu na to, iż jest kobietą. Którą po prostu, moim skromnym zdaniem, warto jest poznać. Tę wielowymiarową Cassie, nie dziewczynę z okładki, która, kolokwialnie rzecz ujmując, nie ma do niej podjazdu.

Książkę czyta się niezwykle szybko. Nie ma w niej zbędnych opisów, za to całkiem sporo w niej wątków o różnym poziomie dramatyzmu. To opowieść o gniewie, wybaczeniu i miłości. O tym, czym rzeczywiście jest odwaga i jak ugasić te wewnętrzne pożary, które wypalają nas od środka. Ostatecznie, pojawia się także wątek romantyczny, ale jego akurat zaliczam do tych mniej udanych. W opisane rozwijanie się relacji dwóch strażaków kompletnie nie uwierzyłam. Zdarzenia, które następowały po sobie brały się w zasadzie znikąd. Natomiast pozostała część historii przedstawia się już znacznie ciekawiej i myślę, że dla tych pozostałych motywów warto byłoby sięgnąć po „To, co bliskie sercu”.

 

„To, co bliskie sercu” oraz inne powieści zagraniczne znajdziesz w księgarni internetowej selkar.pl

Autorka recenzji: Klaudia Sowa