Recenzja książki “Więzy krwi” Hanny Greń

„Więzy krwi” to wdzięczy tytuł, którym posługują się liczne dzieła literackie, tudzież filmowe. Na to potoczne określenie zdecydowała się także Hanna Greń w swoim, nazwijmy to, thrillerze. Czy zatem jej książka wyróżnia się czymkolwiek spośród tylu innych?

Zacznijmy od tego, że słowo thriller ogólnie mi do Greń nie pasuje. Napięcia tu jako-takiego nie ma praktycznie za grosz. Wręcz przeciwnie, jest dosyć sielsko, wesolutko, ludzie żartują, piją kawkę i gdzieś tam w tle jakaś luźna „misja” do wykonania. W dłuższej perspektywie da się zauważyć, że wątki obyczajowe jednak przeważają, bo autorka każdej postaci daje te swoje przysłowiowe pięć minut, więc gatka-szmatka pojawia się co drugą stronę. Nie jest to złe w jakiejś przyjętej ogólności, ale jak na sensację za bardzo rozsadza tempo. Brakuje mi tu dynamiki, która nie pozwoliłaby mi odłożyć „Więzów krwi” ani na chwilę, aż do ostatniego zdania.

Może wpływ na to ma sam prolog, w którym dzieje się to, co stać się musi, aby fabuła zaistniała. A mianowicie mamy scenę tuż po gwałcie, kiedy skrzywdzona kobieta ucieka przez las, po czym wpada w łapy oprawcy. Muszę przyznać, że zawsze mnie zadziwia, jak ludzie łatwo gubią się w lesie, zwłaszcza w książkach. W końcu epizodyczna bohaterka jest w polskim gaiku a nie w puszczy amazońskiej, żeby tak trudno było jej trafić „do wyjścia”. Poza tym powrót na miejsce zbrodni to jedna z najgłupszych decyzji, jakie można podjąć, zwłaszcza jeśli jest spore prawdopodobieństwo, że mężczyzna będzie chciał dokończyć dzieła. No ale nie można kazać wszystkim postaciom być rozsądnym, więc niech już będzie, jak jest, byleby później jakoś to na nas oddziaływało podczas czytania.

Tymczasem po tych wszystkich dramatach przenosimy się do Diony, u której nic zupełnie się nie dzieje. Mamy stronę o tym, jak zmieniła pojazd, jak się jej pracuje na strzelnicy, jak bardzo lubi kawę z ekspresu… Można by takich „pierdołek” wyliczyć sporo i to właśnie one do maksimum spowalniają fabułę. Ona już w pewnym momencie nie posuwa się do przodu, ona się czołga. Niestety Remańska nie ma specjalnych ograniczeń czasowych. Ewentualnie urlop jej się skończy, ale poza tym może, zamiast badać kolejną sprawę, zapalić papierosa na balkonie z policjantką, popić trochę wieczorem i spać do południa. W końcu nie samą pracą człowiek żyje. Po lekturze wydaje mi się, że to tylko sympatia do Diony pewnego mundurowego decyduje o zapraszaniu jej do rozwikływania tych wszystkich zagadek. Bo na pewno jej opieszałość w działaniu.

Kolejną sprawą jest opis postaci, który Hanna Greń rozbudowuje aż za bardzo. Diona jest łakomczuchem? Piszmy o tym cały czas, przypominając przy każdym zjedzonym pierogu, że Dioniza lubi jeść (swoją drogą – kto nie lubi?). Zakochany Lipski? Niech w każdym zdaniu okazuje swoją desperację, rzucając jej niezręczne teksty o jego sercu bijącym dla niej.

Nie oznacza to wszystko, że „Więzy krwi” to zła książka. Wydaje mi się tylko, że mylnie klasyfikowana gatunkowo. Bo na thriller i sensację zbytnio rozwleczona, natomiast jako obyczajówka wydawałaby się fascynująca. Poza tym czyta się ją dość dobrze, choć może nie z jakimś specjalnym zaangażowaniem, jednak im więcej dzieje się w kwestii morderstwa, tym ciekawiej się robi.

Autorka recenzji: Klaudia Sowa

“Więzy krwi” i inne książki obyczajowe znajdziecie w księgarni selkar.pl.