książka fantasy

Recenzja książki „Zaginiona Księga Bieli” Cassandry Clare

Nie miałam wcześniej do czynienia z prozą Cassandry Clare, choć przyznaję, że nazwisko to (a w zasadzie pseudonim) nie raz i nie dwa obiło mi się o uszy. Autorka jest znana przede wszystkim dzięki swojemu cyklowi „Dary Anioła”. „Zaginiona księga bieli” zalicza się co prawda do innej serii, zatytułowanej „Najstarsze klątwy”, jednak ona również należy do uniwersum Nocnych Łowów. To tyle, jeśli chodzi o wstęp, czas przejść do właściwej recenzji.

Sięgając po tę książkę, zdawałam sobie sprawę, że mogę się pogubić w fabule, która bazuje na historiach opowiedzianych w kilkunastu innych tomach. I rzeczywiście, pojawiały się imiona, miejsca i przedmioty, które dla świata stworzonego przez Clare są dość istotne, a mnie nic nie mówiły. Nie zrażałam się jednak i po kilku rozdziałach zaczęłam odnajdywać się w tym całym chaosie informacyjnym. W gruncie rzeczy autorka bardzo postarała się, żeby jej książka stanowiła odrębny byt. Owszem, nawiązuje do wydarzeń z innych swoich powieści, ale nie robi tego w sposób nachalny. Uważny czytelnik jest w stanie domyślić się po tych krótkich wstawkach, co mogło do tej pory wydarzyć się w uniwersum. Tak samo specyfika tego świata i zasady nim rządzące są dosyć klarowne i w miarę przekonujące.

Oczywiście, czasem niektóre wątki czy sceny mogą wydawać się nieco infantylne, ale zakładam, że główną grupą docelową książek jest młodzież. Nie musi być więc zbyt dramatycznie, nie potrzeba też zbytniego moralizowania i „głębi”. Powieść ma cieszyć, bawić i intrygować i to właśnie robi. Sama czerpałam sporo radości z bardzo, bardzo wartkiej akcji z domieszką magii i widowiskowych walk.

Wszystko zaczyna się w 2007 roku, kiedy to Ragnor postanawia ukryć się gdzieś, aby nie dopadły go najgorsze z demonów. Sfingować jego śmierć pomaga mu jego przyjaciel Magnus. Następnie mamy przeskok czasowy – przenosimy się do 2010 roku, kiedy to ta dwójka ma okazję znowu się spotkać. Nie jest to jednak miła wizyta, bo Ragnor będący pod wpływem złych mocy, wraz z Shinyun kradną Księgę Bieli z mieszkania Magnusa. Ten, wraz ze swoim partnerem, Aleciem, musi teraz ją odzyskać, a utrudnia mu to… rodzicielstwo. Teraz, kiedy mężczyznom udało się stworzyć wspólny dom i wieść w miarę przyjemne życie, muszą porzucić to wszystko, by stawić czoła ciemnym siłom. Jednak ich serce jest rozdarte między misją a małym Maxem, z którym są tak mocno zżyci. Sprawy nie ułatwia fakt, że Magnus został dźgnięty jakimś magicznym ustrojstwem, czego skutków póki co nie potrafi ustalić. Ale święcąca rana to chyba nic poważnego, prawda?

„Zaginiona Księga Bieli” to z pewnością gratka dla fanów Nocnych Łowów, ale też świetna pozycja dla osób, które wcześniej, tak jak ja, tego uniwersum nie znały. Jeśli fantastykę czytacie dla rozrywki i potraficie przymknąć oko na drobne nieścisłości, to z pewnością spędzicie miło czas przy tej konkretnej książce. Od przyciągającej wzrok, holograficznej okładki, po wpadki bohaterów i ekscytujące oraz romantyczne przygody. Wszystko to składa się na naprawdę wartą uwagi całość. Tą opowieścią Cassandra Clare zdecydowanie zachęciła mnie do poznania reszty swoich dzieł i zakładam, że nie będę w tym odosobniona.

Autorka recenzji: Klaudia Sowa

„Zaginioną Księgę Bieli” i inne książki fantasy znajdziecie w księgarni internetowej selkar.pl.