literatura faktu

Recenzja książki „Zaginione dziewczyny” Glatt John

Osiem lat temu trzy młode dziewczyny przetrzymywane przez Ariela Castro odzyskały wolność. Jednej z nich jakimś cudem udało się uciec z domu, który stał się ich więzieniem na 10 lat i momentalnie wezwała pomoc, wiedząc, że jej przyjaciółki muszą jak najszybciej się stamtąd wydostać. Historia ta wstrząsnęła nie tylko okolicą, w której rozegrały się te wydarzenia – wielu ludzi na całym świecie nie mogło wyjść z podziwu, że nikt przez 10 lat nie dostrzegł niczego dziwnego w zachowaniu Castro i nie rzucił na niego cienia podejrzenia… a nawet jeśli rzucił to zostało to momentalnie zbagatelizowane. A przecież ten typka od dzieciaka charakteryzowała wielka agresja…

John Glatt opisuje w swojej książce historię trzech porwanych kobiet, które były wtedy zaledwie nastolatkami. W tym najważniejszym dla nich okresie życia, Amanda, Michelle i Gina stały się ofiarami Ariela Castro, kierowcy szkolnego autobusu i muzyka. Trzymał je w zamknięciu, codziennie wykorzystywał seksualnie, znęcał się nad nimi psychicznie i fizycznie… Przez 10 lat. Jesteście w stanie w to uwierzyć? Przez 10 lat poszukiwań i trwania policyjnego śledztwa nikt go nie namierzył. Sprawdza się powiedzenie, że „najciemniej pod latarnią”… Traktował je jak swoją własność, jak przedmioty, którymi może zarządzać. W tak tragicznych warunkach przemieniły się w młode kobiety o jakże zachwianym poczuciu bezpieczeństwa, wierze w ludzi i straciły szansę na to, że kiedykolwiek będą wolne.

Jest to zdecydowanie jeden z najbardziej dokładnych reportaży kryminalnych, jakie czytałam. Glatt bardzo szczegółowo opisuje historię trzech dziewcząt oraz Ariela Castro. Ukazuje go jako człowieka niezrównoważonego, który znęcał się nawet nad własną żoną. Kobieta niejednokrotnie była hospitalizowana i musiała nawet przejść operację z powodu tego, co robił jej mąż. Ona jednak miała szansę uciec, choć i tak Castro prześladował ją do końca swoich dni. Nigdy nie był specjalnie zżyty z synem, ale wyjątkowo kochał swoje córki. Nawet tę, którą w wyniku gwałtu urodziła jedna z więzionych przez niego dziewczyn. Czemu jedne kobiety traktował lepiej, a inne gorzej?

Autor sprawił, że historię tę czyta się niemal jak powieść kryminalną. Stopniowo poznajemy Ariela Castro, obserwujemy jego okrutne poczynania i dostrzegamy, że jest on typową osobowością socjopatyczną. Na co dzień był może nieco dziwnym i ekscentrycznym sąsiadem, ale doskonale grał przed innymi ludźmi. Choć trzymał w zamknięciu porwane dziewczyny, których poszukiwała cała okolica, śmiało patrzył innym w oczy, uśmiechał się, pomagał w poszukiwaniach, rodzinom i bliskim mówił, że modli się o to, aby dziewczęta się odnalazły całe i zdrowe. Po czym wracał do swojego domu i każdą z nich gwałcił. Mamy tutaj naprawdę niezły portret psychologiczny.

Z jednej strony jest to historia Castro jako oprawcy, który właściwie nie wiadomo czemu popełnił taki a nie inny błąd, który umożliwił kobietom ucieczkę, a z drugiej strony to historia trzech zaginionych dziewczyn, które musiały przystosować się do nowych realiów swojego życia. Nie jestem pewna, czy możemy tutaj mówić o typowym syndromie sztokholmskim, o którym wzmiankę można znaleźć w opisie książki, bowiem one nadal pozostawały przerażonymi ofiarami. Cierpiały, bały się, a gdy tylko odzyskały wolność to zdecydowanie nie pałały sympatią do swojego kata. Ciężko jest sobie jednak wyobrazić całe to dziesięcioletnie piekło, przez które przeszły. Takie coś musiało je naprawdę złamać.

To naprawdę bardzo rozbudowany i rzetelny reportaż, a w opisywane tutaj wydarzenia aż trudno uwierzyć. Castro jest typowym socjopatą, którego ciężko zrozumieć i rozgryźć. Doskonale zdawał sobie sprawę z kary, jaką poniesie, śmiało przyznawał się do zarzucanych mu czynów, a chwilami robił ofiarę również z siebie. Amandzie, Michelle i Ginie niesamowicie współczułam, tutaj naprawdę brakuje jakichkolwiek słów, aby wyrazić okropieństwo, z którym się mierzyły. Przerażająca historia… tym bardziej, że wydarzyła się naprawdę.

„Zaginione dziewczyny” kupicie w księgarni internetowej selkar.pl

Autorka recenzji: Magdalena Senderowicz