Recenzja książki “Zawsze i na zawsze” Klaudii Bianek

Po lekturze kolejnej z książek Klaudii Bianek zaczęłam zastanawiać się czy autorka przypadkiem nie prowadzi z czytelnikiem jakiejś swoistej gry, której zasady zna tylko ona sama. Trudno mi inaczej wytłumaczyć, w jaki sposób wydano by aż tyle wewnętrznie sprzecznych historii, gdzie każda kolejna jest kopią poprzedniej, a jedyną zmienną są imiona bohaterów. To co razi najbardziej to podwójne standardy. Świat, w którym mężczyznom wybacza się wszystkie przewiny, a kobieta nie może pozwolić sobie na najmniejszy błąd, bo inaczej do śmierci będzie pokutować. Gdzie nikt z nikim nie rozmawia i problemy rozwiązuje się (albo i nie) poprzez kilkumiesięczne milczenie.

Eliza i Filip rozstali się nagle, kiedy na jaw wyszła informacja, że mężczyzna jest przyrodnim bratem byłego męża Elizy, Adama. To, że zataił prawdę zabolało kobietę, ale też w jakiś sposób razi ją pokrewieństwo dwóch, tak ważnych dla niej osób. W zasadzie większa część książki dotyczy tylko tego. Zakochani nie mają ze sobą kontaktu aż do momentu, gdy główna bohaterka orientuje się, że złość jej przeszła i tak naprawdę nic nie stoi na przeszkodzie ich szczęściu.

Z racji, że para potrzebowała jedynie czasu na ochłonięcie, żeby ponownie się zejść, przez kolejne rozdziały czytamy w zasadzie tylko o wypadach Elizy na kawę i odwożeniu Jasia do przedszkola. Czyli w skrócie nie dzieje się nic. Postaci u Bianek zawsze są przesadnie emocjonalne i wzruszają się byle drobnostką, więc serwuje się nam pozornie patetyczne chwile, w których to rodzina się godzi, dzieci się bawią czy też kakao stygnie (wszystko jest wzruszające, jeśli jest się wystarczająco wrażliwym). Przez to można się nieco wynudzić, ale ja dla takich drobnych absurdów i możliwości ponarzekania lubię właśnie tego typu lektury.

W książkach tej autorki od zawsze brakuje mi prawdziwych problemów. W tym cyklu stykamy się ze śmiercią oraz wychowywaniem dziecka niepełnosprawnego, ale te tematy są spychane na boczny tor. Za to spacerki i trywialne rozmowy są na porządku dziennym. Za mało w tym wszystkim głębi. No i duży problem stanowi sama Eliza. To kobieta niezaradna, emocjonalna, który cały dzień siedzi i chucha na swojego synka. A malec daje sobie świetnie radę! To właśnie przesadna troska matki go ogranicza! Przynajmniej ten wątek pociągnięto w sposób, który mnie satysfakcjonuje. I w mojej ocenie ratuje fabułę na tyle, że warto sięgnąć po „Zawsze i na zawsze”. Myślę też, że sporo można z niej wyciągnąć, jeśli podejdziemy do tego z odpowiednią dozą krytycyzmu. Wchodzenie w polemikę z autorką i jej wizją świata weszła mi już w krew. Ma to swoje plusy. Czytelnik zmuszony jest do chociaż minimalnego buntu, bo trudno bezrefleksyjnie „łykać” fabułę.

To, co się na pewno udało, to przedstawienie postaci urażonego, mrukliwego ojca. W tego bohatera da się uwierzyć, takie osoby spotykamy co rusz w swoim życiu. Mam nadzieję, że jego wątek pojawi się jeszcze w kolejnych książkach a potencjał nie zostanie zmarnowany, jak było w przypadku Jasia i jego choroby. Może to po prostu męskie postaci wychodzą Klaudii Bianek lepiej, więc liczę na zwiększenie ich roli w powieściach, bo dodają tych brakujących emocji i humoru.

Autorka recenzji: Klaudia Sowa

“Zawsze i na zawsze” oraz inne książki new adult znajdziecie w księgarni internetowej selkar.pl.