Recenzja książki “Zupy moc” Moniki Mrozowskiej

Czy są tu fani zup? A może są tu tacy, którzy żywią do nich nieskończoną nienawiść? A może najliczniejszy jest obóz osób neutralnych? Prawda jest taka, że wszystko rozstrzyga się w dzieciństwie. Dziecko jest jak czysta kartka, którą najbliżsi zapisują. To w dużej mierze od nich zależy, czy coś polubimy, znienawidzimy lub wręcz czegoś nie dostaniemy, bo z góry założą, że nam coś nie posmakuje lub że coś jest złe. Ale wracając do zup…

Zupy moc” Moniki Mrozowskiej to książka kucharska, która z pewnością przyciągnęłaby mój wzrok, gdybym chciała takową zakupić. A wszystko – oczywiście – za sprawą okładki. Kolorowa zupka, podana na talerzu, który rzadko można spotkać na polskim stole… poproszę! A w środku? 70 przepisów na zupy, które są przede wszystkim zdrowe. Dość jednak ogółów, przejdę do szczegółów.

Pierwsze, co rzuca się w oczy przy każdym przepisie, to zdjęcie na całą stronę. Jest kolorowo i zdaje się być zdrowo – to tak na pierwszy rzut oka, ponieważ w niektórych przypadkach widać składniki. Reszta przypadków to jedynie kolor. Jednak gdy spojrzy się w bok, można poznać składniki. Jest więc również jako takie wyobrażenie na temat smaku. I tutaj zaczyna się zabawa w preferencje. Mogę jednak nieco pomóc, przybliżając z grubsza składne przepisów.

Zdecydowana większość zup to obco brzmiące nazwy, takie jak: imbrecciata, czenaki litewskiem, pho czy udon. Są jednak takie, których nazwy mogą co nieco zdradzić. Dla przykładu: słoweńska zupa chrzanowa, solanka, meksykańska zupa z awokado lub węgierska zupa ziemniaczana. Te ostatnie nie brzmią już jak zaklęcia, prawda? Jednak w obydwu przypadkach należy podkreślić, że składników nie trzeba szukać w odległych krańcach świata, ponieważ są popularne. Mowa tu na przykład o cebuli, czosnku, soku z ogórków, parmezanie czy dyni. Najdziwniejszym składnikiem, na jaki udało mi się natrafić, były pałeczki trawy cytrynowej czy ryż basmati. Co prawda kartkowałam na chybił trafił, jednak nie znalazłam niczego o obco brzmiącej nazwie. Problem z nabyciem produktów nie powinien być zatem zbyt wielki.

Co ważne, każdy przepis ma adnotację, która wygląda trochę jak dopisek drobnym druczkiem na umowie bankowej. To swego rodzaju podpowiedź, jaką „moc” daje dana zupa. Przykład? Ramen wzmacnia i niweluje objawy kaca, a z kolei salmorejo wychładza (andaluzyjski chłodnik). Dodatkowo autorka opatrzyła niektóre receptury komentarzem – ich treść jest bardzo rozmaita. I to w zasadzie tyle, jeśli chodzi o zawartość.

Czy treść przypadła mi do gustu? W zasadzie tak. Jestem zaciekawiona zupami, których nazw nawet nie potrafię wypowiedzieć, ponieważ dla mnie to coś nowego. Bardzo lubię próbować nieznanych rzeczy, wychodząc poza znane wszystkim przepisy. Jeśli mogę zjeść coś nowego, nie szukając składników po smoczych jamach, czemu nie?! Tym bardziej, że są one łatwo dostępne i stosunkowo niedrogie. Kto wie, może znajdę swojego faworyta, z którym nie będę chciała się rozstać, a wręcz rozsławię wśród rodziny i znajomych?

Zupy moc” jest niczym nieodkryta kraina, w której każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Bez obaw, wszystko zostało napisane w sposób zrozumiały i maksymalnie skrócony. W dzisiejszych czasach to standard. Jedyne, czego mi brakuje, to łączny czas przygotowania – gdzieś z boku. Albo chociaż zbliżony! Spokojnie, w każdym przypadku został wyszczególniony, niemniej trzeba się wczytać w recepturę, a czasami nie ma na to czasu lub zwyczajnie się nie chce. Krótka informacja gdzieś obok to coś, czego mi brakuje. Jedyne wyjście, to przejrzenie wszystkiego i poczynienie własnych notatek.

Jeśli ktoś się zastanawia, polecam zajrzeć do księgarni i dopiero wtedy podjąć decyzję. Monika Mrozowska podzieliła się swoim światem, w którym czuje się jak ryba w wodzie. Uwielbia zupy i wspomina o tym już na wstępie. Nie potrafię ocenić, czy potrawy są smaczne, ale wyglądają zachęcająco. Czy smakują? To już kwestia tylko i wyłącznie gustu.

Autorka recenzji: Daria Łapa

“Zupy moc” i inne książki Moniki Mrozowskiej znajdziecie w księgarni selkar.pl.